09 kwietnia 2021, 07:00
Pół roku później na Lesbos
Marjan pochodzi z Iranu, ma 40 lat i jest chrześcijanką. Palcami dotyka zawieszonego na złotym łańcuszku krzyżyka. – Ten naszyjnik dodaje mi siły i odwagi. Dzięki niemu przyznaję się do mojej wiary bez lęku – mówi.  Uciekła przed prześladowaniami ze strony byłego męża, ortodoksyjnego muzułmanina i jego rodziny. W 2019 roku przedostała się do Grecji i wraz z innych osobami poszukującymi azylu w Europie trafiła do Morii na Wyspie Lesbos, największego europejskiego obozu dla uchodźców, miejsca, które przez swoje skandaliczne warunki było opisywane przez Human Rights Watch jako „obóz koncentracyjny” i „więzienie na świeżym powietrzu”. 

Latem 2020 roku obóz został zniszczony przez pożar, o czym „Tydzień Polski” pisał we wrześniu. 13 tysięcy ludzi w tym Marjan, jej mąż i 13-letni syn zostali bez nawet prowizorycznego dachu nad głową. Władze Grecji oraz Organizacja Narodów Zjednoczonych obiecywała wówczas: nigdy więcej Morii. 

Część z uchodźców przede wszystkim samotne kobiety, rodziny z małymi dziećmi oraz nieletnich relokowano na stały ląd. Marjan nie miała tyle szczęścia, została na wyspie. Nadal mieszka w tymczasowym zbudowanym naprędce obozie, gdzie śpi w namiocie grzęznącym w błocie, bez dostatecznego ogrzewania, bez bieżącej i ciepłej wody. I to wszystko w trakcie światowej pandemii niezwykle zaraźliwego wirusa.

Opuścić Iran i nigdy nie wracać

Marjan pochodzi z Rasht nad Morzem Kaspijskim. Ale połowę życia spędziła w Takestanie, gdzie poznała swojego pierwszego męża. Choć słowo „poznała” brzmi trochę na wyrost.  – On był menadżerem w fabryce, w której pracowali moi bracia. Był dobrą partią, wpływowy, zamożny, pobożny muzułmanin. Pobraliśmy się tradycyjnie, bez wcześniejszego zapoznania się, jak tysiące innych Iranek i Irańczyków. I jak się później okazało nieszczęśliwie. Nie mieliśmy żadnych wspólnych zainteresowań. Nie znosiliśmy się – opowiada. 

Kłócili się o wszystko, nawet po przyjściu na świat ich syna. Punktem zapalnym była religia. On – ortodoksyjny szyita, ona – co prawda wychowana w Islamie, ale niepraktykująca. – Przeczytałam cały Koran, ale patrząc na to, jak się zachowują wyznawcy Islamu, znienawidziłam tę religię – tłumaczy Marjan.

W końcu po dwunastu latach małżeństwa postanowiła zawalczyć o siebie swojego syna i podjęła odważną decyzję o rozwodzie. 

Hamada, irackiego Kurda poznała pół roku później, w laboratorium klinicznym, w którym pracowała. W Takestanie pracował jako architekt w firmie budowlanej. 

Jednak były mąż Marjan ani jego rodzina nie zaakceptowali decyzji sądu. Cały czas uważali, że są małżeństwem. Gdy Marjan wyszła za Hamada, zaczęły się poważne kłopoty. – Były mąż i jego krewni należą do sił Basij, jednej z pięciu sił Islamic Revolutionary Guard Corps (pol. Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej – przyp. red.). IRGC uważają, że mają władzę nad wszystkim i wszystkimi w Iranie, również nad prawem. Chciał mnie zmusić siłą do powrotu do domu. Próbował porwać mojego syna, gdy wracał ze szkoły do domu, groził mi nożem. Gdy ludzie się zbiegli, żeby mi pomóc, uderzył mnie i złamał mi nos – mówi.

Z pomocą krewnych i kolegów z IRGC były mąż Marjan porwał Hamada. – Zabrali go do jednego ośrodków przesłuchań, gdzie był torturowany i bity, a następnie zmuszony do podpisania dokumentów, że ma opuścić Iran i nigdy nie wracać – wspomina drżącym głosem.

Hamad nie mógł wrócić do Iraku z powodów, o których Marjan nie chce mówić. W Iranie też nie mogli zostać. Postanowili: jedziemy do Europy.

Następnie przebyli typową drogę dla migrantów i uchodźców przez Turcję, a następnie drogą lądową przez góry próbowali dostać się do Grecji. Zostali zatrzymani i aresztowani przez władze graniczne i deportowani do Turcji. Tam spotkali przemytnika, który roztoczył przed nimi wizję przeprawy morskiej na greckie wyspy.

– Obiecał nam, że tu ktoś się nami zajmie, że dostaniemy szybko status uchodźcy i zostaniemy przeniesieni dalej do Europy. Zapłaciliśmy mu 20 tysięcy euro. Oszczędności naszego życia. Gdy wysiedliśmy z łodzi, on zniknął, a my zostaliśmy zostawieni sami sobie. Tak dotarliśmy do Morii. To było 30 sierpnia 2019 roku – zaznacza Marjan.

Z dżungli do bagna

Nie ma czegoś takiego jak sprawny proces przyznania statusu uchodźcy w Europie. Ludzie czekają latami na rozpatrzenie wniosku w upokarzających warunkach. W spalonym obozie w Morii docelowo miało mieszkać maksymalnie 3 tysiące osób. W szczytowym momencie na początku 2020 koczowało tam ponad 20 tysięcy. Wokół oficjalnego obozu odgrodzonego murem i drutem kolczastym powstała „dżungla”, czyli prowizoryczne obozowiska w namiotach. 

Marjan, która przez pięć miesięcy mieszkała „w dżungli” zanim dostała przydział w kontenerze mieszkalnym, drżącym głosem wspomina ten czas. – W nocy trzęsłam się, ale sama nie wiem, czy z zimna, czy ze strachu. W takim kotłowisku ludzi nikt nie czuł się bezpiecznie. To miejsce wyzwalało w ludziach najniższe instynkty – mówi.

Przemoc, gwałty, zastraszanie, napięcia na tle rasowym i narodowościowym to była codzienność uchodźców, w tym również kobiet i dzieci. Sytuacja jeszcze bardziej się pogorszyła, gdy ogłoszona lockdown obozu z powodu pandemii koronawirusa. Mieszkańcy obozu nie mogli wyrwać się z tego piekła nawet na chwilę. – To nie był pierwszy pożar. W Morii pożary wybuchały co chwilę – podkreśla Marjan.

Gdy wybuchł pamiętny pożar, który we wrześniu 2020 roku strawił praktycznie cały obóz, Marjan w Morii nie było. Kilka miesięcy wcześniej została przeniesiona do innego ośrodka PIKPA, gdzie panowały bardziej cywilizowane warunki. 

– To było jak dar z nieba. Po raz pierwszy, odkąd przybyłam do Europy, czułam się bezpiecznie tam – opowiada. Ośrodek nie tylko zapewniał godziwe warunki mieszkaniowe i sanitarne, ale też organizowano zajęcia dla dorosłych i dzieci. Wypełniony czas szybciej mijał w oczekiwaniu na przyznanie statusu azylanta. To tutaj Marjan odzyskała wiarę w Boga i zdecydowała się na chrzest.

Jednak ten decyzją władz greckich ośrodek ten został zamknięty i Marjan z rodziną musiała wrócić do mieszkania w namiocie. Tymczasowy obóz zbudowany na terenie dawnej bazy wojskowej miał dać schronienie na kilka tygodni, zanim władze greckie i europejskie nie podejmą decyzji co dalej. Minęło siedem miesięcy. Uchodźcy przetrwali wyjątkowo wietrzną, zimną i deszczową zimę w nieogrzewanych namiotach. 

Marjan pokazuje zdjęcia, na których widać dzieci bawiące się błocie. Obóz Mevrevoni (lub jak potocznie się mówi Moria 2.0) jest zlokalizowany nad samym morzem, na odsłoniętym terenie, a do tego w czasie deszczu woda spływa z okolicznych wzgórz tworząc na terenie obozu jedno wielkie grzęzawisko. – Jest jeszcze gorzej niż w „dżungli” – kręci głową Marjan. 

Koniec z solidarnością europejską

Wielkanoc Marjan spędziła z swoją rodziną, dla której poświęciła wszystko. Zarówno jej syn jak i mąż także przeszli na chrześcijaństwo. Razem oglądali spotkanie online na platformie Zoom zorganizowane przez wspólnotę baptystów z Niemiec. Razem czytali po persku Pismo Święte. Z powodu lockdownu nie byli w kościele od wielu miesięcy

Jak maluje się przyszłość Marjam i jej podobnych? raczej w ponurych barwach. Nowa polityka migracyjna Unii Europejskiej zastąpiła dotychczasową politykę tzw. „solidarności europejskiej”, która polegała na odciążeniu państw granicznych takich jak Grecja czy Włochy poprzez relokację napływających migrantów i uchodźców do innych państw członkowskich. Tej polityce kategorycznie sprzeciwiała się Polska i Węgry. Unia Europejska został zmuszona do znalezienia konsensusu.

Według nowej strategii nacisk ma być położony na pomoc uchodźcom znajdujących się poza granicami UE oraz w krajach ich pochodzenia. Problem polega na tym, że większość wnioskujących o azyl pochodzi z Syrii, Afganistanu i Iraku, gdzie żadna pomoc na miejscu nie doprowadziła na razie do poprawy sytuacji. Nie mówiąc już o krajach takich jak Iran, gdzie nie trwa żaden konflikt zbrojny, jednak dyskryminacja rasowa i narodowościowa, represje wobec mniejszości i zabójstwa lub okaleczenia honorowe są na porządku dziennym, a uciekinierzy z Afganistanu i Iraku są traktowani jak podludzie. Podobnie jest w Turcji, gdzie nagminnie łamane są prawa człowieka.

Drugim elementem polityki jest przyspieszenie procedury przyznawania statusu uchodźcy. I tu rzeczywiście jest duże pole do poprawy, ponieważ to właśnie skomplikowany proces prowadzi do tego, że ludzie tkwią latami w tymczasowych obozach. Jednak istnieje poważne ryzyko, że przyspieszenie procedury nie sprzyja uczciwemu procesowi decyzyjnemu i może prowadzić do dyskryminacji ze względu na kraj pochodzenia. 

Trzecim elementem polityki jest to, że państwa członkowskie będą mogły wybrać, czy będą przyjmować uchodźców do siebie, czy też finansować proces deportacyjny tych, którzy odmówiono statusu uchodźcy. To ponownie rodzi przestrzeń do nadużyć, ponieważ już teraz osoby poszukujące azylu są bezprawnie deportowane lub wręcz porzucane na morzu. Pytanie, czy nowa polityka powstrzyma falę przybywających do Europy uchodźców, należałoby zadać tym, którzy nie mają nic do stracenia.

Marjan zapytana, czy jakby mogła cofnąć czas, to czy zdecydowałaby się na ponowny wyjazd do Europy, odpowiada bez wahania, że tak, ponieważ w przeciwnym razie musiałaby się rozstać z Hamadem, który jest dobrym mężem i ojcem dla syna, którego kocha jak swoje dziecko.

– Ja go nie tylko kocham, ja go uwielbiam miłością. On mnie uratował od bólu, uleczył moje rany, kocha zarówno moje piękno i moją brzydotę – mówi z pasją. Przekład z perskiego brzmi poetycko, choć i tak wiele umyka w tłumaczeniu.

Magdalena Grzymkowska

Przeczytaj też

Udostępnij

About Author

Magdalena Grzymkowska

komentarze (0)

_