01 listopada 2020, 10:00
Dramat polskich szkół sobotnich

Sobotni widok ładnie ubranych wyczesanych polskich dzieci z tornistrami na ulicach londyńskich prowadzonych za rączkę przez rodziców do polskiej szkółki jest zawsze radosny. Nie ma przyjemniejszego odgłosu od wesołego dziecięcego szczebiotu, szczególnie jeżeli w polskim języku.

Znałem ten świat dobrze, bo w końcu sam kiedyś chodziłem do takiej szkoły (w przedszkolaku już 70 lat temu!) i tu chodziłem z kolegami i koleżankami, z którymi utrzymuje kontakt po dzień dzisiejszy. Polska szkoła to kowadło życia polskiego, bez którego nie można było się spodziewać jakiejkolwiek kontynuacji polskich tradycji przez przeszło trzy, a nawet cztery, pokolenia polskich rodzin na terenie Wielkiej Brytanii. Nowa diaspora, która zakładała tu rodziny po wejściu Polski do Unii Europejskiej, rozszerzyła rozpiętość i ilość tych szkół i znacznie podwyższyła poziom nauczania, który obejmował dzieci zarówno mówiące dobrze po polsku, ale słabo po angielsku, jak i dzieci mówiące słabo po polsku a dobrze po angielsku.

Poza tym szkoły wykorzystały dobre stosunki z lokalnymi samorządami, które z kolei bardzo ceniły krzewienie kultury swoich mniejszości narodowych i dostosowywały się do politycznej poprawności. Muszę przyznać, że w tym znacznie różnili się od polskiego szkolnictwa w latach 50. czy 60., które dumnie trzymało się z dala od dotacji i wsparcia od instytucji brytyjskich i utrzymywało się z własnych środków finansowych. Ta nowa współpraca z samorządami została wzbogacona sporą ilością nauczycieli, którzy pracowali również w szkołach angielskich i korzystali z najnowocześniejszych metod i narzędzi nauczania i znali potrzebne przepisy wymagane przy opiece nad dziećmi.

W dawnych latach szkoły były zupełnie niezależne od konsulatu PRL, który nie miały żadnego dostępu do działalności tych szkół ani do treści programu nauczania. Obecnie konsulaty RP i polskie Ministerstwo Edukacji Narodowej odgrywają znaczącą rolę w uzupełnieniu pomocy finansowej w formie zadawanych konkursów i wniosków o pomoc, które, w wypadku Wielkiej Brytanii, były najczęściej kierowane przez Senat i Wspólnotę Polską. Ostatnio Ośrodek Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą przekazuje za granicę podręczniki i pomoce dydaktyczne służące nauczaniu języka polskiego lub innych przedmiotów nauczanych w języku polskim, ale nie zawsze szkoły uważały je za stosowne. Uzupełniające dotacje ofiarowane są również przez Departament Współpracy z Polonią i Polakami za Granicą przy Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Oczywiście ważną tu też rolę odgrywała wciąż Polska Macierz Szkolna posiadająca przeszło 65 lat doświadczenia w prowadzeniu szkolnictwa, przygotowania własnych podręczników i załatwieniu bezcennych porad prawnych, jak i grupowej polisy ubezpieczeniowej dla szkół. Mogła w odpowiednich momentach występować w imieniu szkół w przygotowaniu do zdania dużej i małej matury w egzaminach GCSE i A-level, uznawanych przez brytyjskie uczelnie. W momentach, kiedy Brytyjczycy grozili zniesieniem polskich i innych egzaminów cudzoziemskich, PMS występowała w efektywnym lobbingu w parlamencie i w ministerstwach za zachowaniem tych egzaminów. Odpowiedzialna jest też za uzupełniające szkolenie nauczycieli. Również taką rolę wypełnia Polski Uniwersytet na Obczyźnie.

Względnie harmonijny porządek wynikający z tych układów przerwany został tego marca przez pandemię koronawirusa. Rząd zamknął wszystkie szkoły brytyjskie. Mimo że decyzja była wyraźnie opóźniona, ale jednak wszystkich zaskoczyła. Zamknięcie, które było przewidziane na parę tygodni, wydłużyło się i szkoły zmuszone były do przestawienia się na nauki przekazane zdalnie. Świat szkolny stanął na głowie. Był to nowy okres eksperymentalny, kiedy każdy nauczyciel musiał przestawić siebie w eksperta systemów internetowych i nowych niekoniecznie sprawdzonych systemów masowej łączności jak Zoom czy Microsoft Teams. Z kolei na ekspertów musieli przestawić się rodzice, no i same dzieci, choć ci najszybciej pojmowali nową technologię i najbardziej się nią zachłystywali. W wielu samorządach rozdawano dzieciom nowe laptopy, przygotowane dla nich filmiki, i prowadzono lekcje zdalne w domu. Dla wielu dzieci była to ciekawa nowość. Nie trzeba było rano wstawać do szkoły, nie trzeba była ubierać mundurku, nie zawsze mógł nauczyciel dopilnować czy lekcja była wykonana, a łatwiej było pytać o rozwiązanie zadań rodziców.

Te same dramatyczne przemiany pochłonęły od razu polskie szkoły sobotnie. Wielu nauczycieli polskich już zapoznało się z praktyką zdalnego uczenia w szkołach brytyjskich. W niektórych szkołach dzieci polskie mogły nawet korzystać z tych nowych angielskich laptopów. Przy pomocy Polskiej Macierzy Szkolnej i ministerstwa przygotowano należyte programy do zdalnego nauczania. Ale dla wielu rodziców były to wciąż nowe obowiązki w momencie, gdy wielu obawiało się utraty pracy przy rosnącym bezrobociu. Zabawa dla wielu przekształciła się z czasem w dużą udrękę i coraz więcej dzieci przestawało uczęszczać w tych wirtualnych klasach, gdzie nie można było kolegować z przyjaciółmi, a mama czy tata nie mieli czasu, czy woli przypilnować, że lekcja była odrobiona.

Już w maju i czerwcu zaczęły angielskie szkoły powracać do swoich budynków. Rząd bazował to na zasadzie, że dzieci nie były osobiście podatne na nowy wirus i więcej traciły z braku kontaktu ze szkołą i z kolegami niż zyskali z izolacji od źródeł zakażenia. Natomiast nauczyciele i epidemiolodzy byli świadomi, że dzieci mogły być nosicielami wirusa dla swoich rodzin. Wprowadzono ostre ograniczenia co do ilości dzieci w klasie i do potrzeby wprowadzenia zaostrzonych przepisów sanitarnych. Wróciły więc częściowo dzieci angielskie do szkoły. Ale polskie dzieci nie mogły wrócić do swojej szkoły, bo w wielu wypadkach było to niezgodne z ówczesnymi przepisami brytyjskich budynków szkolnych, z których korzystali.

Nastał też problem odwołanych egzaminów państwowych na koniec roku w szkołach angielskich. Rząd zgodził się przyjąć oceny nauczycieli w szkole. Ale z początku brytyjska komisja egzaminacyjna nie chciała przyjąć oceny każdego nauczyciela szkoły polskiej. Dopiero interwencja Polskiej Macierzy pomogła w przekonaniu egzaminatorów AQA, aby przyjęli polskie oceny. 155 uczniów, którzy uczyli się przy Exam Centre Macierzy, uzyskało swoje wyniki. Ale krajowe wyniki jeszcze nie znamy. Przy wsparciu Konsulatu, PMS mogła wyznaczyć asesorów do poświadczenia rzetelności ocen anonimowych egzaminatorów. Polska Macierz założyła też około 100 darmowych kont Microsoft Office dla nauczycieli GCSE i A-level do prowadzenia szkoleń online.

Nastał prawdziwy dylemat. Tłumaczyli to poszczególni dyrektorzy polskich szkół w Anglii w ubiegłą sobotę na konsultacyjnym zebraniu zorganizowanym zdalnie przez londyński konsulat polski. Rodzice w przeważającej większości nie byli gotowi udzielać się dalej przy wirtualnej szkole. Nie płacili rachunku za nowy rok szkolny. Przy braku konkretnego końcowego terminu pandemii powstała wyraźna obawa, że działalność szkół polskich może być zawieszona na cały jeden rok. A dla dziecka niezaliczony jeden rok mógł przekreślić możliwość powrócenia do lekcji po odzwyczajeniu się od chodzenia do szkoły na tak długi okres.

Jedynym wyjściem musiał być powrót do budynku szkolnego. Tylko w takim wypadku lwia część rodziców zgodziłaby się wysyłać swoje dziecko dalej do polskiej szkoły. Na przykład na Ealingu tylko 23% rodziców było gotowych płacić, jeżeli nauka byłaby zdalna, a aż 90% jeżeli stacjonarna. Trzeba było przekonać brytyjskich gospodarzy, aby przyjęli ponownie polskiego lokatora. Ale przepisy wymagały dużego poświęcenia. Po pierwsze ograniczenie ilości dzieci w klasie, aby zachować dystans jednego metra między uczniami. Szkoły musiały wypełnić odpowiedni „Risk Assessment” związany z przepisami COVID-u. Szkoły angielskie często podwyższały znacząco czynsze w wyniku dodatkowych kosztów czyszczenia.

Dzieci przychodzą teraz w maskach, ale nie muszą nosić je w klasie. W korytarzach obowiązuje ruch jednokierunkowy. Dzieci przychodzą w różnych etapach, zależnych od wieku. Dzieci z różnych klas nie powinny się spotykać w szkole, bo tworzą oddzielne „bańki”. W szkole w Morden wymagano, aby było maksimum pięcioro tylko dzieci z nauczycielem w jednej klasie, ale na szczęście udało się przekonać gospodarzy, że jako placówka edukacyjna ten przepis nie obowiązywał. W innych szkołach oddzielono część budynku wyłącznie na użytek polski. Natomiast wielu rodziców musiało pozostać poza budynkiem szkolnym w czasie lekcji, a po zakończeniu musieli sprzątać i dezynfekować klasy i korytarze. Szkoły musiały często kupować własny sprzęt techniczny. W pewnych szkołach zabroniono dzieciom wstępu do klas i muszą uczyć się w głównej auli podzielonej parawanem między klasami.

Pewne szkoły polskie w ogóle nie dostały dostępu do dawnych budynków szkolnych. Na przykład w Gloucester szkoła musiała przenieść się do głównej sali lokalnego Community Centre dzięki dobrym stosunkom z radą miejską. Podobnie było w Norwich. W Swindon po odmowie jednej szkoły na szczęście przyjęła ich nowa szkoła. W Ipswich wygórowane warunki wynajmu zmusiły szkołę do znalezienia innego lokalu. Niestety w Portsmouth szkoła zmuszona była do prowadzenia klas tylko zdalnie, przy czym straciła część uczniów, ale udało się uruchomić bogaty program nauczania przy pomocy filmików. Wielu rodziców nie ma już środków do płacenia za szkołę, szczególnie w małych miasteczkach. Groźba dalszych zaostrzeń istnieje, ale na razie większość szkół działa. Według wrześniowego kwestionariusza Macierzy w 23 szkołach (na 80 ankietowanych) stracono tylko 10% uczniów, ale to były chyba raczej te większe szkoły.

Mimo tych ograniczeń to, co dokonali dotychczas dyrektorzy szkół, grono nauczycielskie, wolontariusze Polskiej Macierzy czy rodzice jest wprost heroiczne. Bez tych poświęceń i profesjonalnego zapału polskie szkoły mogłyby być zamknięte na o wiele dłuższy okres i mogłoby to doprowadzić do permanentnego przerwania nauki w języku ojczystym, po raz pierwszy od 70 lat. Bez szkoły sobotniej nikt nie kształciłby naszych dzieci poza domem, co mogłoby spowodować nieodwracalną stratę w ciągłości społeczeństwa polskiego w Wielkiej Brytanii. Na następnej mszy czy polonijnym spotkaniu zdalnym, zorganizujmy personelowi naszych szkół publiczny poklask, jak kiedyś dla brytyjskiej służby zdrowia.

Wiktor Moszczyński

Przeczytaj też

Udostępnij

About Author

admin

komentarze (0)

_