16 maja 2020, 13:00
Zbrodnia Chatyńska
Nie, to nie jest błąd drukarski. Nie Katyń, tylko Chatyń. Była taka nazwa. Była taka wieś. Była taka zbrodnia. I było jak najbardziej perfidne kłamstwo chatyńskie. Historyk Timothy Snyder opisał teren centralno-wschodniej Europy w drugim kwartale pierwszej połowie XX wieku jako „Ziemie Krwi”, po angielsku „Bloodlands”. Teren ten obejmował Polskę, Ukrainę, Białoruś, Zachodnią Rosję i kraje bałtyckie. Jedną z najbardziej pokrzywdzonych terenów już w latach 30. była sowiecka Białoruś. Przeszło 17.000 Polaków np. aresztowano w różnych wioskach i miasteczkach centralnej Białorusi i rozstrzelano w lasach znanych jako Kuropaty, zaledwie 12 kilometrów na północ od Mińska.

Białoruś stało się znowu terenem masowych mordów pod okupacją niemiecką. W trakcie likwidacji ludności żydowskiej teren przesiąknięty był działalnością partyzantki radzieckiej. Za tą działalność Niemcy brali okrutny odwet, paląc, niszcząc, gwałcąc i mordując setki małych wiosek, które znajdowały się blisko terenów akcji sowieckiej partyzantki. Niemcy opierali się coraz bardziej na Rosjanach i Ukraińcach w wykonaniu wypraw pacyfikacyjnych. Organizacje jak Rosyjska Ludowa Armia Wyzwolenia (RONA) czy Komandosi SS Oskara Dirlewangera z zadowoleniem rekrutowały sadystów i degeneratów, wśród których znajdowali się również byli działacze partii komunistycznej. Po stronie partyzantów sowieckich natomiast było wielu byłych funkcjonariuszy okupacji hitlerowskiej, którzy uciekli od służby niemieckiej po klęsce pod Stalingradem. Komunista, hitlerowiec, potem znów komunista? Co za różnica, dopóki istniała okazja do zemsty i łupu. W przeciwieństwie do podziemia polskiego sowieccy partyzanci prowokowali, nie licząc się z efektem ich działalności na lokalną ludność, nad którą znęcały się władze niemieckie. Mieszkańcy lokalnych wsi byli wystawieni jako kozły ofiarne bezwzględnej walki obu stron. Wiele wiosek w tym rejonie było etnicznie polskie.

22 marca 1943 roku niemiecki 118 Batalion Schutzmannschaft wkroczył do wioski Chatyn. Batalion składał się nie tylko z Niemców, ale również z ukraińskich kolaborantów i dezerterów z Armii Czerwonej. Wspierał go oddział z grupy Dirlewangera. Celem wyprawy na Chatyn była zemsta za zabójstwo przywódcy batalionu, niemieckiego olimpijczyka, kapitana Hans Woellke. Ślady zamachowców Woellkego prowadziły do wioski Chatyn, ale zawiadomieni o nadchodzącym odwecie, partyzanci schowali się w lesie. Zostali na miejscu bezbronni mieszkańcy wsi.

Mieszkańców powyciągano z mieszkań i zapędzono do stodoły zakrytej słomianym dachem. Stałą metodą Dirlewangera podpalono stodołę, a gdy zdesperowani mieszkańcy starali się wybiec, ostrzeliwano ich karabinem maszynowym. Nazajutrz doliczono 149 ofiar, z czego połowę stanowiły dzieci. Było to jedne z wielu setek wsi białoruskich, które zaznały podobne masakry.

Mimo braku prawnej dokumentacji znamy jeszcze parę szczegółów. Masakrę przeżyło tylko 6 osób, głównie dzieci, którym udało się pochować w czasie obławy. Przeżył też jeden mężczyzna, Jusif (Józef?) Kaminski, który znalazł się w stodole, ale po rozpoczęciu strzelaniny udawał zmarłego. Stracił troje dzieci i żonę. Kiedy żołnierze opusćili wioskę usłyszał wołanie Adama, jednego z synów. Doczołgał się do 15-letniego syna, który miał ciężkie poparzenia i był przeszyty kulami. Niestety umarł ojcu na rękach.

Wiemy, że przeżył 12-letni Antoni Baranowski, też postrzelony w obie nogi. 12-letni Aleksandr Zhelobowicz uciekł na koniu w momencie wejścia wojsk po ostrzeżeniu ze strony matki, która zginęła. 13-letni Władimir Jaskiewicz schował się w polu od ziemniaków, a jego 9-letnia siostra Sofia została niezauważona w piwnicy. A 7-letni Wiktor Zhelobowicz schował się pod martwym ciałem swojej matki. Można się domyślić z tych nazwisk, że większość ofiar masakry była jednak polskiego pochodzenia.

Lecz ta polsko-białoruska tragedia była tylko kroplą w morzu krwi, która przelało się w tym okresie przez Białoruś. W trzyletnim okresie okupacji 5295 białoruskich osiedli spalono i zniszczono, w 627 wypadkach przy całostkowym wytępieniu mieszkańców. Oblicza się, że te akcje pochłonęły 1500 ofiar. Wiele wiosek w terenach Mińska i Witebska spalono dwu czy trzykrotnie. W sumie w tym okresie 2,7 miliony mieszkańców zginęło, czyli niemal jedną czwartą ludności Białorusi. W czasie tych akcji Niemcy i ich kolaboranci konfiskowali tysiące sztuk bydła, świń, koni i owiec, ludność nadającą się do pracy wywozili do Niemiec, a starszych i najmłodszych mordowali. Niemcy dokumentowali swoje zbrodnie. Celem nie zawsze nawet był odwet. Chodziło o tworzenie „terenów martwych”, w których ani partyzanci, ani nadchodząca Armia Czerwona nie mogliby się wyżywić.

Nastąpił powrót władz sowieckich. Wielu z kolaborantów hitlerowskich wtopiło się w nową rzeczywistość. Sowieckie prokuratury wojskowe powoli tropiły zbrodniarzy odpowiedzialnych za te masowe mordy. Odkryto w końcu porucznika Gregorego Wasiury, który był szefem sztabu Batalionu 118, a po wojnie kamuflował się jako bohater pracy socjalistycznej i jako wzorowy sowiecki patriota. Również przyłapano plutonowego batalionu, porucznika Wasyla Meleszko. W końcu skazano jednego i drugiego na śmierć, lecz Chatyn nawet nie widniał w ich akcie oskarżenia. Chatyn był za małą mieściną, której likwidacja nie zasługiwała nawet na wspomnienie. Po wojnie na zgliszczach miał stanąć niewielki pomnik, ale to zaniedbano, bo było za dużo innych bardziej liczebnych tragedii. Pozostałych paru młodych mieszkańców, którzy cudem się uratowali, przeniesiono do innych ocalałych wsi. Nazwa Chatyn znikła nawet z lokalnych map.

W połowie lat 60. Chatyn pojawił się znowu, najpierw w sowieckich podręcznikach, a potem jako miejsce dramatycznego nowego pomnika wspominającego zbrodnie u wszystkich wiosek Białorusi. Nazwano go narodowym pomnikiem wojennym. Zdominowany jest potężnym 6-metrowym posągiem „nieugiętego mężczyzny” noszącego zwłoki martwego chłopca. W ten sposób uwieczniono tragedię Jusufa Kaminskiego i jego syna. Opodal jest ściana z wnękami reprezentującymi obozy koncentracyjne i kamienna budowa w kształcie stodoły. Rosną trzy brzozy przy wiecznym płomieniu zastępującym czwarte drzewo symbolizujące co czwartego Białorusina, który padł ofiarą zbrodni. Co 30 sekund odzywają się dzwony, by upamiętnić częstotliwość śmierci ofiar w czasie okupacji. Na tyłach są „cmentarzem wiosek” w formie 186 grobów, każdy reprezentujący imiennie którąś z niszczonych sąsiednich wsi. Całość tworzy dramatyczny niezapomniany obraz ludzkiego okrucieństwa wobec niewinnej ludności białoruskiej i (nieoficjalnie) polskiej. Kompleks pomnikowy odrestaurował ponownie w roku 2004 prezydent Łukaszenka i pozostaje do dziś jedną z dziesięciu rozreklamowanych atrakcji turystycznych w Białorusi.

Dlaczego tak nagle uwypuklono tę zbrodnię w zapomnianej dotychczas małej wiosce Chatyn? Właśnie w latach 60. rosło na Zachodzie, a przede wszystkim w Wielkiej Brytanii, zainteresowanie prawdą o zbrodni katyńskiej. Od czasu, gdy groby odkryli Niemcy w kwietniu 1943, a więc o jeden miesiąc po masakrze w Chatyniu, sprawę okryto wstydliwym milczeniem narzuconym przez władze sowieckie nie tylko na Wschodzie, ale i na Zachodzie. Co prawda Komisja Senacka w Stanach Zjednoczonych orzekła jeszcze w roku 1953, że autorzy zbrodni w Katyniu byli Sowieci, ale o tym już dyplomatycznie zapomniano. Lecz w roku 1965 Polska Fundacja Kulturalna wydała w języku angielskim świetnie odokumentowaną książkę „The Crime of Katyn”, z przedmową generała Andersa. Powoli nikła zmowa milczenia. Już politycy brytyjscy omawiali z polską emigracją możność postawienia pomnika w Londynie.

Propagandystom kremlowskim zaświeciła wówczas cyniczna myśl zapobiegania rosnącemu poparciu dla koncepcji pomnika w Londynie. Perfidia pomysłu była nawet na krótką metę skuteczna. W roku 1969 postawiono ten pomnik w Chatynie (po angielsku Khatyn). W roku 1974 Prezydent Nixon na zaproszenie Breżniewa z wielką pompą złożył kwiaty przed pomnikiem ofiar zbrodni niemieckiej właśnie w Chatynie. Nie był on sam. Składały w Chatyniu wieńce inne sprzyjające notable jak Fidel Castro czy Jaser Arafat. Złośliwi krytycy projektu pomnika katyńskiego w Londynie pytali, po co budować w Londynie jakiś pomnik o Katyniu, kiedy pomnik już istnieje we właściwym miejscu zbrodni, czyli w Chatynie (Khatyn).

 

Lecz pomnik w Londynie powstał. Odsłonięto go na cmentarzu w Gunnersbury w roku 1976, wciąż w bardzo kotrowersyjnych okolicznościach, gdzie jedynie rok „1940” świadczył o prawdziwym autorstwie zbrodni. Ale stoi i służy. A pomnik w Chatynie też stoi, w wyniku aktu bezgranicznego cynizmu wobec ofiar zarówno Katynia i Chatynia. Na szczęście już nie odgrywa teraz skutecznej roli „anty-Katynia”. Pozostaje godnym pomnikiem autentycznych zbrodni popełnionych w kraju naszego najbliższego sąsiada, w którym również i Polacy też byli ofiarami.

 

 

Wiktor Moszczyński

Przeczytaj też

Udostępnij

About Author

Wiktor Moszczyński

komentarze (0)

_