07 stycznia 2018, 09:48 | Autor: Magdalena Grzymkowska
Czesław Mozil dla „Tygodnia Polskiego”

Wielokulturowość, którą poznałem na podwórku, sprawiła, że stałem się bardziej otwarty

Jeżeli jest jakiś wspólny mianownik dla wszystkich emigrantów, to ten, że w jakimś momencie naszego życia, w jakimś momencie naszej emigracji, zadajemy sobie pytanie, czy ten krok był warty takiego poświęcenia i czy mieszkanie na obczyźnie dało nam szczęście – mówi Czesław Mozil wychowany w Danii polski piosenkarz i kompozytor w rozmowie z Magdaleną Grzymkowską.

 Czym Twoim zdaniem różni się emigrant z Polski, Danii czy na przykład Turcji?

– No cóż, różnimy się przede wszystkim kulturowo. Turcy, którzy jako naród, mają ciężkie doświadczenia z ostatnich kilkuset lat, a do tego granice m.in. z Iranem, Irakiem, Syrią, czy Gruzją, nigdy nie zrozumieją duńskiego hygge opartego na poczuciu bezpieczeństwa, jakie gwarantuje im państwo.

Czy jest jakiś wspólny mianownik, który łączy wszystkich emigrantów?

– Myślę, że jeżeli jest jakiś wspólny mianownik dla wszystkich emigrantów, to ten, że w jakimś momencie naszego życia, w jakimś momencie naszej emigracji, zadajemy sobie pytanie, czy ten krok był warty takiego poświęcenia i czy mieszkanie na obczyźnie dało nam szczęście.

Wyjechałeś z Polski z rodzicami w 1985 roku.

– Tamta emigracja różniła się od dzisiejszej, różniła się nawet od tej sprzed 10 lat. Mój ojciec uciekł z Ukrainy, żeby nie być zmuszonym do donoszenia na kolegów. W Polsce, która miał być zaledwie przystankiem przed dalszym exodusem, poznał moją mamę. Po kilku latach razem wyjechali do Danii i chociaż oficjalnie byli emigrantami zarobkowymi, tak naprawdę uciekali przed systemem komunistycznym, w którym nie umieli i nie chcieli żyć.

Jak doświadczenie emigracji wpłynęło na Twoją tożsamość?

– Zamieszkaliśmy w Danii kiedy miałem 6 lat. Zacząłem wówczas uczęszczać do modtageklasse, takiej zerówki dla dzieci obcokrajowców. Dzięki determinacji mojej matki, jako jedyne dziecko w grupie nauczyłem się duńskiego na tyle, że nie musiałem powtarzać roku i rozpocząłem naukę w szkole ze swoimi duńskimi rówieśnikami. I tak na osiedlu w getcie, spędzałem czas z kolegami, którzy byli obcy jak ja. W szkole moimi kolegami byli głównie Duńczycy. To sprawiło, że jako nastolatek coraz częściej zadawałem sobie pytanie o własną tożsamość.

Czułeś się bardziej Duńczykiem czy Polakiem?

– Bywało, że czułem się zagubiony i rozdarty. Nie czułem się Duńczykiem, ale Polakiem też nie. Odwiedzając rodzinę w Polsce, mój duński akcent od razu zdradzał że nie jestem z Polski, co nie zawsze było przyjmowane z aprobatą. Do tego drażniło mnie, że nie znam języka kraju, w którym urodził się i wychował mój ojciec – ukraińskiego.

O tym jest właśnie Twój monodram, z którym wystąpisz na Wyspach?

– „Spowiedź Emigranta” jest historią moją, moich rodziców i przyjaciół poznanych na podwórku getta dla emigrantów, gdzie mieszkaliśmy pierwsze 7 lat po opuszczeniu Polski.

W jaki sposób Twoja emigracja wpłynęła na Twoja twórczość?

– Kiedy zamieszkałem w Danii, miałem 6 lat i znałem tylko jeden język: polski. Na podwórku spotykałem dzieci różnych narodowości, mówiące w sobie znanych językach. Na szczęście, żeby razem grać w piłkę, nie musieliśmy posługiwać się tym samym językiem. Wielokulturowość, którą poznałem na podwórku, będąc dzieckiem emigrantów i w późniejszym czasie, spowodowała, że stałem się bardziej otwarty, także na nowe i obce, bezpośredni, odważny w kontaktach i pewny siebie. Siłą rzeczy to wpłynęło na podejście do ludzi, muzyki jako takiej czy sceny. Poza tym po nagraniu płyty „Debiut” często słyszałem, że jest ona inspirowana folklorem duńskim, który szczerze kochałem. Jako nastolatek grałem z Seniorami, w Broendby Harmonika Klub w Broendby.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że emigracja to doświadczenie zmieniające osobowość człowieka, sposób patrzenia na świat, a czasem wpływające na relacje pomiędzy członkami rodziny: rodzice myślą, że dzieci się ich wstydzą, a dzieci ich po prostu nie rozumieją. Czy więcej takich przykładów znajdziemy w „Spowiedzi emigranta”? Czy dajesz swoim odbiorcom gotowe recepty, jak radzić sobie w takich sytuacjach?

– Recepta na życie nie istnieje, a przynajmniej ja takowej nie posiadam, a nawet gdybym ją miał, nie czułbym się zobowiązany mówić ludziom, jak żyć. Wychodząc na scenę ze swoją „Spowiedzią” obnażam siebie i swoje dotychczasowe życie w nadziei, że może tym kogoś zainspiruję, może dam do myślenia. I to się dzieje, bo dostaję mnóstwo pięknych maili z całego świata od polskich emigrantów, którzy dzielą się ze mną swoimi, często niełatwymi historiami.

Powiedziałeś, że w tej sztuce się obnażasz. Kim jest zatem „nagi” Czesław Mozil? Kto się kryje pod maską stworzonego przez Ciebie medialnego wizerunku?

– Jestem zwykłym chłopakiem, jakich tysiące: dobijam czterdziestki, rośnie mi brzuszek i lekko łysieję. Lubię napić się piwa i leżąc na kanapie oglądać z żoną seriale. Od większości mężczyzn różni mnie tylko to, że 10 lat temu wydałem płytę, która niespodziewanie – także dla mnie – stała się wielkim hitem, co umożliwiło mi powrót do kraju, który jest ojczyzną moją, mojej matki, moich dziadków i kolejnego pokolenia wstecz: do Polski.

Tymczasem część Polaków na Wyspach, mimo że sami są imigrantami, sprzeciwia się przyjmowaniu uchodźców czy wolnemu przepływowi osób w Europie…

– Temat emigrantów czy uchodźców zatacza coraz większe kręgi geograficzne, kulturowe, czy wyznaniowe. Nie da się tego streścić w tym wywiadzie, dlatego… zapraszam na koncert!

UWAGA KONKURS!

Specjalnie dla Czytelników Tygodnia Polskiego mamy do wygrania bilety na wybrane koncerty w Wielkiej Brytanii i Irlandii! Wystarczy odpowiedzieć na pytanie: Do czego służy maszynka ze znanego hitu Czesława? Odpowiedzi prosimy przesyłać na adres: konkurs@tydzien.co.uk

Przeczytaj też

Udostępnij

About Author

Magdalena Grzymkowska

komentarze (0)

_