21 lipca 2020, 08:15
Świat nie jest czarno-biały
Listy otwarte przeciwko oficjalnej cenzurze zdarzały się w państwach rządzonych przez komunistyczne kliki. W Polsce najsłynniejszy był tzw. List 34, który osobiście zaniósł do Urzędu Rady 21Antoni Słonimski. Był to tekst zaledwie dwuzdaniowy: „Ograniczenia przydziału papieru na druk książek i czasopism oraz zaostrzenie cenzury prasowej stwarza sytuację zagrażającą rozwojowi kultury narodowej. Niżej podpisani, uznając istnienie opinii publicznej, prawa do krytyki, swobodnej dyskusji i rzetelnej informacji za konieczny element postępu, powodowani troską obywatelską, domagają się zmiany polskiej polityki kulturalnej w duchu praw zagwarantowanych przez konstytucję państwa polskiego i zgodnych z dobrem narodu”.

Za ten akt odwagi wielu sygnatariusz listu spotkały represję, przede wszystkim zakaz druku, a Melchiorowi Wańkowiczowi wytoczono proces o rozpowszechnianie tekstu zawierającego „fałszywe informacje oczerniające Polskę Ludową” – uważano, że to on przekazał list do Radia Wolna Europa. Później z inicjatywy pisarzy należących do PZPR powstał list potępiający sygnatariuszy protestu; podpisało go ponad 600 pisarzy.

Przypomniała mi się tamta historia, gdy przeczytałam o wymianie listów otwartych intelektualistów różnych krajów, przede wszystkim pisarzy i naukowców, w obronie wolności słowa i swobodnej debaty. Listów, podpisany przez ponad 150 osób, ukazał się w amerykańskim miesięczniku „Harper”. Wśród sygnatariuszy znaleźli się m.in. Anne Applebaum, JK Rowling, Salman Rushdie, Margaret Atwood, Martin Amis, Noam Chomsky. Zwracają oni uwagę na obawy przed podejmowaniem trudnych tematów w atmosferze, jaka zaistniała po śmierci z rąk amerykańskiego policjanta George’a Floyda; piszą: „Nasze instytucje kulturalne znalazły się na cenzurowanym. Mocne protesty domagające się rasowej i społecznej sprawiedliwości prowadzą do spóźnionych żądań reformy policji, a zarazem większej równością w społeczeństwie, również w szkolnictwie wyższym, dziennikarstwie, filantropii i sztuce. To potrzebne rozpoznanie problemów doprowadziło również do nasilenia się nowych postaw moralnych i politycznych zobowiązań, które osłabiają normy otwartej debaty i tolerancji na rzecz ideologicznego konformizmu. O ile popieramy pierwsze z wymienionych zmian, to protestujemy przeciwko tym drugim. […] Wolna wymiana informacji i idei, siła napędowa liberalnego społeczeństwa, z każdym dniem stają się coraz bardziej skrępowane. […] Sprzeciwiamy się fałszywemu wyborowi między sprawiedliwością a wolnością, bo nie mogą one istnieć bez siebie. Jako pisarze potrzebujemy kultury, która daje miejsce na eksperymenty, podejmowanie ryzyka, a nawet popełnianie błędów. Musimy mieć możliwość na niezgadzanie się w dobrej wierze, bez konsekwencji zakończenia kariery. Jeśli nie będziemy bronić rzeczy, od której zależy nasza praca, nie możemy oczekiwać, że zrobi to za nas opinia publiczna albo władze”.

To list przeciwko cenzurze redakcyjnej, podejmowanej często w obawie przed atakami niezadowolonych odbiorców, bo przecież ani w USA, ani w Wielkiej Brytanii instytucjonalnej cenzury, jaka była w PRL, nie ma. Ta nieformalna cenzura jest także niebezpieczna.

W kilka dni później na portalu internetowym „The Objective” grupa mniej znanych intelektualistów, głównie dziennikarzy, skrytykowała tych pierwszych, zarzucając im, że pomijają kwestię najważniejszą – w czyich rękach jest władza nad instytucjami kulturalnymi. Sygnatariusze listu w Harperze to „ludzie, którzy mają pieniądze i prestiż, co umożliwia im publikacje w każdej liczącej się oficynie wydawniczej lub magazynie. Zawsze znajdzie się dla nich miejsce, by mogli głosić swoje poglądy. Większość pisarzy i dziennikarzy pochodzących z historycznie zaniedbanych przez tę branżę środowisk nie ma takich możliwości”. Następnie w tym liście stawiane są personale zarzuty wobec sygnatariuszy pierwszego.

Ta wymiana listów otwartych ma charakter kulturalnej elitarnej debaty. Ostra wymiana zdań toczy się gdzie indziej, na różnego typu portalach internetowych. Czasem aż się prosi, aby pojawiła się odrobina cenzury. Jakże łatwo prowadzoną anonimowo dyskusję sprowadzić do personalnych ataków, stawiania spraw na ostrzu noża. Nikt na Facebooku nie pisze: „To trudny problem, wymagający zastanowienia” tylko na ogół stwierdza: „Cóż za idiotyzmy! Jak można wyznawać takie poglądy”. Osoby wyrażające wahania oskarża się, że „siedzą na płocie”, nie mają własnego zdania, a nawet spotkałam się ze stwierdzeniem, że „centryści to prawdziwi ekstremiści”.

W kwestiach tak trudnych, jak nierówności rasowe, transseksualizm, nacjonalizm, populizm, różnice religijne itp. częściej spotyka się bezkompromisowych ogarniętych złością wyznawców jednego z poglądów niż kogoś, kto stara się niuansować swoje zdanie w stylu „Tak, ale…”.

Zlikwidowanie Facebooka i Twittera nie zmieni sytuacji. Żyjemy w coraz bardziej spolaryzowanym świecie. Dzieje się to nie tylko w USA, Polsce, ale także w Wielkiej Brytanii. Tutejsze społeczeństwo zawsze było podzielone klasowo, a także na biedniejszą północ i bogatszy południowy wschód, nie mówiąc już o podziałach typu narodowościowego, bo Wielka Brytania – o czym często zapominamy – to cztery różne narody. Napływ imigrantów z dawnych kolonii brytyjskich, a w ostatnim 15-leciu z państw Europy środkowo-wschodniej stworzył nowe podziały. Referenda, których wcześniej polityka brytyjska nie uznawała, zmusiły do zajmowania jednoznacznego stanowiska za lub przeciw – stworzeniu niezależnych parlamentów lokalnych, systemowi wyborczemu, niepodległej Szkocji, brexitowi.

A świat nie jest czarno-biały. Ci, którzy nie podzielają naszych poglądów, nie zasługują na lekceważenie czy tym bardziej potępienie. Różnią się od nas i tyle. Dobrze byłoby, aby listy otwarte stały się pierwszym krokiem w kierunku uznania, że od jednoznacznego wyrażania poglądów ważniejsze są niuanse, a zadaniem przede wszystkim ludzi pióra jest odpowiedni dobór kolorów.

Julita Kin

Przeczytaj też

Udostępnij

About Author

admin

komentarze (0)

_