25 października 2019, 09:01
Masindi i Tengeru: Polakom, którzy zmarli w drodze do Ojczyzny (2)

Drugim punktem naszego programu było odwiedzenie Masindi gdzie znajdował się największy obóz polskich uchodźców w Afryce, zlikwidowany w 1948 roku. Aby dojechać do Masindi musieliśmy znowu przebić się przez peryferie nieprawdopodobnie biednej i brudnej Kampali. Tłok samochodów i motorów – głównie rozpadających się skuterów – był niesamowity, ale jak raz się opuściło stolicę, w której obecnie mieszka około 3 miliony osób, droga była mniej zatłoczona i jechało się bardzo przyjemnie choć ubóstwo przejeżdżających wsi i osiedli było przygnębiające.

Przejeżdżając przez miejscowość Luwero skręciliśmy w bok aby odwiedzić nowo powstający klasztor sióstr Klawerianek. Kontakt do nich otrzymałam od rodzonej siostry Assunty, również Klawerianki. Chcieliśmy zobaczyć jak wygląda życie sióstr misjonarek w ich naturalnym otoczeniu. Siostry otrzymały ziemię od księdza biskupa Kampali i dzięki hojności swoich ofiarodawców postawiły budynek w którym mieścić się będzie postulat, nowicjat i klasztor sióstr Klawerianek. Obiekt jeszcze nie jest wykończony, ale już mieszkają w nim trzy siostry i dwie postulantki, które mają zagospodarować pomieszczenia i ziemię wokół budynku. Patrząc na skromne, ale czyste i schludne, warunki przyszłych nowicjuszek i porównując je do mijanych po drodze domostw trudno było nie oprzeć się mało eleganckiemu przypuszczeniu, że chętnych dziewczyn może być bardzo wiele! Rozmawiałam nawet na ten temat z siostrą po powrocie do Londynu, która zapewniła mnie że jest to pytanie które zadają sobie wszystkie zgromadzenia misyjne. Niemniej każdy młody człowiek – chłopak czy dziewczyna – który pobędzie trochę czasu w zgromadzeniu do którego wstąpił bez prawdziwego powołania, idzie potem w świat bardziej świadomy prawd wiary i posiadający trochę lepsze wykształcenie. A to jest z korzyścią dla wspólnoty do której wraca; nie są to więc pieniądze zmarnowane!

Siostry ucieszyły się ogromnie z naszej, niezapowiedzianej przecież wizyty, oprowadziła nas po obiekcie oraz poczęstowany tradycyjnym, ugandyjskim obiadem, przekazały pozdrowienia dla siostry Assunty i ruszyliśmy dalej w drogę.

Pod wieczór zajechaliśmy do miasteczka Masindi, gdzie mieliśmy zarezerwowane dwie noce w hoteliku, składającym się z dość prymitywnych chatek murzyńskich. Hotelik prowadzony był przez Sally, Angielkę z środkowej Anglii, która spędziła dzieciństwo i młodość u boku rodziców pracujących w administracji brytyjskich kolonii w Ugandzie. Po powrocie do Anglii, odchowaniu dzieci i śmierci męża powróciła do ukochanej Ugandy, gdzie wykupiła skromny hotelik, trochę poprawiła jego standard i po dziś dzień go prowadzi, choć jest dobrze po osiemdziesiątce. Zamierza właśnie w Masindi zakończyć swoje życie i tu być pochowaną. Gdy usłyszała o losach mego męża wyraziła chęć spędzenia z nami następnego dnia, odwiedzając polskie pamiątki w Masindi. Historię polskiego obozu znała bardzo dobrze.

 

Tak więc, z samego rana, w pochmurny wrześniowy dzień ruszyliśmy w stronę dawnego polskiego obozu. Droga wpierw prowadziła przez miasteczko, równie biedne jak wszystkie mijane poprzedniego dnia, a potem skręciliśmy w prawo w polną, ubitą z czerwonej gleby, drogę, która wiodła nas przez pola, koło murzyńskich strzechą pokrytych chat, przez biedne osiedla gdzie stragany z ubraniami I owocami zachęcały przejezdnych do zakupu. Jechaliśmy jednak dalej i długo aż wjechaliśmy na teren Nyabyeya Forestry College, który funkcjonuje na terenie dawnego polskiego obozu uchodźców. Przy wjeździe czekał na nas katecheta lokalnej wspólnoty katolickiej, który wsiadł do naszego auta i podjechaliśmy razem na wzgórze na którym, już z daleka widoczny, stoi kościół pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej. Kościół murowany, trochę w stylu zakopiańskim, zbudowany został przez Polaków, głównie kobiet, którzy, znalazłszy się na obcej ziemi, rozpoczęli swoje życie emigranta od zbudowania kościoła. Honorowe w nim miejsce zajmuje obraz Matki Boskiej Częstochowskiej a na głównych drzwiach wejściowych widnieje napis w trzech językach: polskim, angielskim i swahili: ‘Ten kościół ku uczczeniu Najświętszej Maryi Panny, Królowej Korony Polskiej, wybudowali wygnańcy polscy podczas tułaczki do wolnej Ojczyzny’.

Przy drzwiach do kościoła przywitał nas Father Peter Wasswa, proboszcz Nyabyeya Polish Church, z którym byłam wcześniej umówiona. Wyraził on ogromną radość, iż może powitać w swojej parafii człowieka, dziś sędziwego emeryta, który w latach czterdziestych był mieszkańcem polskiego obozu, uczęszczał do tego właśnie kościoła i w nim pełnił służbę ministranta. Mąż był wyraźnie wzruszony. Kościół pamiętał doskonale. Weszliśmy do środka. Powitało nas klaskanie wiernych, którzy powoli wypełniali sporego rozmiaru wnętrze; głównie ludzie młodzi i masę dzieci. Kilkudziesięciu chórzystów – w zgrabnych, pomarańczowych koszulkach – zajmowało prawe skrzydło kościoła. Na lewym skrzydle, na drewnianych ławach, siedzieli starsi parafianie. Dla nas zarezerwowano miejsca w pierwszej ławce, a przed nami dzieci siedzące na macie. Buty swe ułożyły równiutko przed matą. Starsze dziewczynki troszczyły się o młodsze rodzeństwo. Kościół był pełniusieńki.

Wyszedł ksiądz, w asyście ministrantów, powitał nas bardzo serdecznie i rozpoczęła się msza św. Czterogłosowy chór śpiewał pięknie i długo – części stałe mszy św. po łacinie. Grupa tancerek towarzyszyła im tańcami, dla nas może trochę za bardzo sugestywnymi, ale dla wiernych wyraźnie będącymi ważną częścią nabożeństwa, które ciągnęło się bardzo długo. Msze św. są odprawiane w tym kościele co drugą niedzielę i wierni schodzą się na nabożeństwo z całej okolicy. Proboszcz wykorzystuje moment abym parafianom przedstawić swoje troski i potrzeby wspólnoty. Tym razem, na przykład, apelował bardzo gorąco o hojne wsparcie materialne, gdyż kościół wymaga odnowienia a wieża, nad ołtarzem, zacieka. Warto tu wspomnieć, że wierni byli skromnie ale schludnie ubrani mimo naprawdę ciężkich warunków w jakich żyją. Byli również bardzo radośni.

Przed ostatnim błogosławieństwem ksiądz powiedział trochę więcej o historii męża – i innych Polaków którzy tu mieszkali – i pozwolił i mnie, w imieniu męża, który był zbyt wzruszony aby zabrać głos, powiedzieć parę słów. Mogłam więc podziękować mieszkańcom Masindi za pomoc okazaną polskim uchodźcom w latach czterdziestych i udostępnienie im przestrzeni do życia na wolności.

Po mszy św., kiedy wierni opuścili już świątynię, przeszliśmy się spokojnie po kościele patrząc na stare ławki – czyżby nadal te same (?) i wyblakłe stacje Drogi Krzyżowej z polskimi napisami. Pod nimi były naklejone napisy w języku angielskim.

Pożegnaliśmy się z proboszczem, dziękując mu za prawdziwie wzruszające przeżycia, i przeszliśmy na cmentarz, skrupulatnie oczyszczony kilkanaście lat temu przez studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego, Niestety, dziś wymagający kolejnego remontu. Stanęliśmy nad grobem Józefy Mazan, babci mego męża. Moment ten przywołał wzruszające wspomnienia. Babcia męża, którą on doskonale pamięta, zmarła na ziemi afrykańskiej i tam została pochowana. Niech jej będzie lekka ta afrykańska ziemia. Zatrzymywaliśmy się przy każdym grobie, rozpoznając niektóre znane nam z Londynu nazwiska i odmawiając w intencji ich wszystkich cichą modlitwę. Szczególnie smutne były groby niemowląt – cały ich rząd – które pożyły zaledwie dzień dwa i nie doczekały się żadnego życia.

Wróciliśmy do biura księdza Peter, gdzie przekazałam przywiezione z Londynu pieniądze, przekazane mi za pośrednictwem naszej gazety, na potrzeby polskiego kościoła. Przekazaliśmy również drobiazgi, które przywieźliśmy dla uczniów lokalnej szkoły.

Całe popołudnie spędziliśmy poszukując śladów obozu. Wszystko wyglądało inaczej. Znikła puszcza, która otaczała obóz. Wycięli ją skorumpowani tubylcy, sprzedając ją na opał, naruszając w ten sposób naturalną równowagę otoczenia. Jak nam opowiedział katecheta, który nadal nam towarzyszył, wiele polskich domów jest nadal w użyciu. Są biedne i zaniedbane, ale mieszkają w nich pracownicy Forestry Commission. Domy kierownictwa obozu są dzisiaj częścią college’u o którym wspominałam na początku. Podobno po ewakuacji Polaków z obozu po 1948 roku przenieśli się do niego studenci uczelni, którym groziła śpiączka, roznoszona przez muchy tse-tse. Warunki w polskich domach były znacznie lepsze niż w mieszkaniach tubylców.

Błądząc po terenie dawnego obozu staraliśmy się nie zakłócać spokoju mieszkających tam rodzin, ale dzieciaki wychodziły ze swoich chat aby przyjrzeć się tym nietypowym turystom. Podobno są starania aby ze stojących jeszcze polskich domów uczynić World Heritage Site – na wieczne upamiętnienie; czy to się uda? Trudno powiedzieć. Trudno też powiedzieć czy miałoby to jakiś sens. Domki są biedne, zapuszczone, prymitywne. Czy warto zachowywać je dla potomności? Nie wiem. Nie ulega jednak wątpliwości, że obecność Polaków w obozach uchodźczych na kontynencie afrykańskim należy do niebywałych zjawisk dwudziestego wieku.
Przejdę tu jeszcze do trzeciego miejsca pamięci Polaków, tym razem w Tengeru, w Tasmanii, choć mieliśmy w międzyczasie inne przeżycia. Zamknie to jednak ten polski aspekt naszej afrykańskiej przygody. Nie planowaliśmy postoju w tym miejscu, ale gdy wylądowaliśmy na lotnisku Kilimandżaro, koło Arushy, okazało się, że polski cmentarz w Tengeru jest na naszej trasie i możemy go obejrzeć przed kolejnym lotem na safari. Wstaliśmy więc bardzo wcześnie rano aby zrobić skok w bok i pomodlić się za zmarłych Polaków w tym kolejnym miejscu pamięci.

Cmentarz w Tengeru jest najlepiej utrzymany. Prowadzi do niego pięknie zadbana aleja z kwitnącymi krzewami, u szczytu której stoi tablica z napisem: ‘Cmentarz wygnańców polskich’ . Dalej brama na sam cmentarz. Obiektu pilnuje Tanzańczyk, którego ojciec był pracownikiem Instytutu Rolnego, założonego na terenie dawnego obozu polskich uchodźców. Jak się dowiaduję z tablic, umieszczonych w zabezpieczonej dachem arkadzie pamięci: ‘w Tengeru osiedlono mniej więcej pięć tysięcy Polaków. Pierwszy transport przybył do portu Tanga 27 sierpnia 1942 roku. Osiedleńcy w Tengeru prowadzili wyspecjalizowaną fermę. Funkcjonowały liczne szkoły podstawowe i gimnazja handlowe, krawieckie, techniczno-mechaniczne oraz szkoła muzyczna, rolnicza i liceum. Działały przedszkola. Powstały zespoły artystyczne (teatralne, chór, orkiestra dęta) i sportowe. Zbudowano teatr osiedlowy, boiska sportowe i korty tenisowe. Funkcjonował szpital przychodnie lekarskie. Wybudowano kościół katolicki, cerkiew i bożnicę. Powstało harcerstwo, świetlice, Sodalicji Mariańskiej’, klub YMCA. Świetna organizacja osiedla i zgodne współżycie mieszkańców czyniły z tego miejsca skrawek dalekiej ojczyzny.
Na innej tablicy, na której jest również sporo fotografii, jest przedstawiona historia Polaków, których losy wojenne doprowadziły na kontynent afrykański. Czytamy więc o zsyłce do Rosji, o tzw. amnestii, o armii Andersa i polskich rodzinach, które nie mogły pozostać dłużej w Persji czy Palestynie. Wszystkie informacje są podane w języku polskim i angielskim, który jest urzędowym językiem również i w Tanzanii.

Po zakończeniu działań wojennych otworzono przed Polakami możliwość powrotu do kraju. Większość ich nie miała gdzie wracać. Ziemie ich i domy rodzinne znalazły się na terenie Związku Sowieckiego. Inni, z obawy przed rządami komunistycznymi w Polsce, decydowali się na emigrację do różnych krajów lub na pozostanie w Afryce. Rozsiedlenie uchodźców z afrykańskich osiedli trwało aż do lat pięćdziesiątych. Tylko 20% pośród nich zdecydowało się na powrót do kraju, głównie z przyczyn rodzinnych, większość wyjechała do Wielkiej Brytanii, inni do Stanów Zjednoczonych, Australii i Kandy. W Tanganice zostało jednak z tysiąc osób, które otrzymały pozwolenie na stały pobyt. I to oni właśnie, na terenie Tengeru, założyli Wyspecjalizowaną Fermę, która z czasem przekształciła się w Państwowy Instytut Rolniczy, który po dziś dzień współpracuje z SGGW w Warszawie.

Wpisaliśmy się do księgi pamiątkowej i poszliśmy pomodlić się za pomarłych. Grobów tu jest bardzo dużo, kilka razy więcej niż w Koji czy Masindi. Są też między nimi groby żydowskie i prawosławne. Wilgotne, upalne powietrze Tanganiki (bo tak się wtedy nazywała dzisiejsza Tanzania) najwyraźniej nie służyło naszym rodakom. Znowu dużo grobów niemowląt. Przy osobnej dróżce są groby tych, którzy zostali w Tengeru po zakończeniu wojny. Ostatni z nich, Konrad Wójtowicz, zmarł w 2015 roku. Lokalni ludzie najwyraźniej otaczają te groby szczególną opieką. Musieli być przez nich bardzo kochani.
Wracając krętą, długą drogą nasunęły mi się dwie refleksje: jak to dobrze, że we wszystkich odwiedzonych przez nas miejscach pozostała praktyczna, pozytywna pamięć o Polakach: klinika i szkoła w Koji, kościół w Masindi i Szkoła Rolnicza w Tengeru. I druga refleksja, a właściwie pytanie: dlaczego Anglicy wysyłali Polaków tak daleko w głąb kontynentu afrykańskiego? Przecież musiało to być bardzo niepraktycznym rozwiązaniem. Miałam przed oczami te ciężarówki wiozące Polaków przez busz afrykański, krętymi, wyboistymi drogami. Musieli jechać całymi dniami, zmęczeni, wystraszeni, schorowani. Dlaczego? Na to pytanie pewnie nie otrzymam nigdy odpowiedzi.

Aleksadra Podhorodecka

Przeczytaj też

Udostępnij

About Author

admin

komentarze (0)

_