10 czerwca 2019, 09:06
Mariusz Patey w Londynie: Wiatr ze wschodu

Ponad dwie godziny. Tyle czasu trwało spotkanie dr. Mariusza Pateya, dyrektora Instytutu im. Romana Rybarskiego, z londyńską Polonią. Temat: Polska polityka wschodnia – perspektywy i zagrożenia”.

To obszerne zagadnienie, swoimi korzeniami sięgające drugiej połowy XIV wieku. W 1385 roku została podpisana Unia Krewska, zgodnie z którą polskie elity zgodziły się na to, żeby tron Królestwa Polskiego objął książę Litwy Jagiełło. W ten sposób została zapoczątkowana rodzima polityka wschodnia, mająca bardzo innowacyjny jak na owe czasy charakter. Opierała się ona bowiem na obustronnych korzyściach sygnatariuszy. Zazwyczaj w średniowiecznej Europie silniejszy brał wszystko, jednak Polacy uznali, że warto w Wielkim Księstwie Litewskim mieć sojusznika. Tym bardziej, że oba państwa jednoczył wspólny wróg – Zakon Krzyżacki.

– Oprócz względów politycznych za sojuszem przemawiały interesy gospodarcze. Bez nich mógłby się on nie utrzymać – mówi Patey, dodając, że z czasem pojawiło się kolejne zagrożenie, tym razem ze strony Turków. Krwawe walki toczyli z nimi królowie Władysław Warneńczyk oraz Jan Olbracht i nie wiadomo jak potoczyłyby się losy Unii, gdyby Kazimierzowi Jagiellończykowi nie udało się wygrać wojny trzynastoletniej z Krzyżakami, co skutkowało odblokowaniem dostępu do Bałtyku.

Wiek XVI zapoczątkował rywalizację z Wielkim Księstwem Moskiewskim. Kiedy car Iwan Groźny zdobył Kazań stał się niekwestionowanym władcą Europy Wschodniej, a idąc za ciosem próbował zająć Inflanty. I chociaż ostatecznie przegrał w kilku kampaniach prowadzonych przez króla Stefana Batorego, to zniszczył Rzeczpospolitą Nowogrodzką oraz Pskowską.

Od tamtej pory prowadziliśmy już tylko politykę obronną, a imperium rosyjskie wykorzystując wewnętrzne słabości Rzeczypospolitej stopniowo posuwało się na zachód kosztem naszych interesów. W konsekwencji doprowadziło to do upadku i rozbiorów.

Patrioci i serwiliści

Niedzielne popołudnie, Sala Malinowa Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego. Dr Mariusz Patey, który zawitał nad Tamizę na zaproszenie Koła Myśli Niezależnej, jest analitykiem, dyrektorem Instytutu im. Romana Rybarskiego. To think tank związany z szeroko pojętym obozem narodowym, odwołujący się do tzw. frakcji profesorskiej Stronnictwa Narodowego, reprezentowanej przez profesorów – Romana Rybarskiego, Edwarda Taylora i Adama Heydla. Współpracowali z nimi również mecenas Marian Niedzielski oraz Stanisław Grabski. Grupa miała własną wizję Polski, jej rozwoju, a także stosunków z sąsiadami po odzyskaniu niepodległości.

– Po upadku Powstania Styczniowego gros osób nie wierzyło, że Rzeczpospolita wróci na mapę świata. Ludzie masowo uczyli swoje dzieci rosyjskiego czy niemieckiego uważając, że język polski w niczym się im nie przyda. Pojawiały się serwilistyczne stronnictwa walczące z ideą narodową, głoszące teorie, że Polacy stracili państwo, bo sami nie potrafią się rządzić – mówi Patey, podkreślając, że w tym trudnym okresie patrioci byli w mniejszości, ale to dzięki nim wolnościowy duch przetrwał. Ich koncepcje dróg do niepodległości różniły się. Grupa związana z Józefem Piłsudskim stawiała na walkę zbrojną z Rosją we współpracy z Austro-Węgrami, z kolei Liga Narodowa (późniejsza Narodowa Demokracja), zakładała długi marsz oraz pracę od podstaw – odbudowę świadomości narodowej i zaszczepianie jej wśród szerokich warstw społecznych, co skutkowało tworzeniem sieci niezależnego szkolnictwa, aktywizowaniem gospodarczym, powstawaniem spółdzielni i banków. Te ostatnie finansowały czytelnictwo oraz polskie wydawnictwa.

O ile Piłsudski chciał odtworzenia Polski jako federacji narodów Europy Środkowo-Wschodniej, które żyły w I Rzeczpospolitej, to endecy zwracali uwagę na niebezpieczeństwo takiego rozwiązania wskazując, że owe nacje emancypowały się, a do tego w opozycji do polskości. Narodowcy zakładali, że najbardziej optymalne byłyby granice etniczne oparte na zachodzie na Odrze, a na wschodzie na linii Bugu. Nie przewidywali rozpadu Rosji, dlatego nie widzieli możliwości powstania niepodległej Litwy, Białorusi czy Ukrainy, ale, co ciekawe, w tajnych rozmowach z jednym z działaczy narodowych z Kijowa Roman Dmowski wyraził pogląd, że w przyszłości Rosja może się rozpruć po szwie narodowym, co byłoby bardzo korzystne dla polskich interesów.

Założenia i programy zostały skonfrontowane z nową rzeczywistością, będącą pokłosiem I wojny światowej. Rozpad imperium rosyjskiego i cesarstwa Habsburgów oraz przegrana państw centralnych skutkowały odzyskaniem niepodległości i nawet stronnictwa, które wcześniej były nastawione na trwałą kooperację z państwami zaborczymi, zmieniły swoje poglądy.

Zjednoczony Prometeusz

Ponad 400 tysięcy. Tylu żołnierzy polskiego pochodzenia zginęło walcząc na frontach I wojny światowej. Tak krwawe żniwo determinowało możliwości odrodzonego kraju. Tym bardziej, że praktycznie cały rynek wschodni został odcięty, gdyż rządzili tam bolszewicy, fabryki zdominowane przez kapitał niemiecki ewakuowały się do Niemiec, a Rosjanie wycofując się demontowali maszyny i cały personel inżynierski zabierali ze sobą. Większość mieszkających na tamtych terenach Polaków podczas chaosu rewolucji zginęła i tylko część z nich wróciło, by zaangażować się w odbudowę Rzeczypospolitej. A ta musiała rywalizować o sporne ziemie z nowymi państwami narodowymi.

– Piłsudski korzystając z rewolucyjnego zamieszania chciał wypchnąć bolszewików jak najdalej na wschód. Polskie wojsko zajęło Kijów i wydawało się, że koncepcja międzymorza z Ukrainą, Białorusią oraz krajami nadbałtyckimi nabiera realnych kształtów, jednak zasoby Rosji, nawet mocno osłabionej, okazały się większe niż przypuszczano i nasze oddziały zostały rozbite – opowiada dzisiejszy gość.

Później, po powstaniu sowieckiej Ukrainy i Białorusi, narodowi demokraci zaczęli realizować koncepcję rozszczelniania Związku Sowieckiego, próbując nawiązać bezpośrednie stosunki handlowe z tymi republikami z pominięciem Moskwy. To spotkało się z zaniepokojeniem bolszewickiego centrum i prawdopodobnie było jedną z przyczyn zakończenia tzw. polityki komunizacji mniejszości narodowych.

W 1928 roku powstał Klub Prometeusz, skupiający piłsudczyków i endeków. Znaleźli się w nim również politycy gruzińscy, ukraińscy, białoruscy, azerscy i armeńscy, słowem ci, którzy walczyli z bolszewikami i przegrali. To była ciekawa inicjatywa, mająca przygotowywać przyszłe kadry, które w odpowiednim momencie mogłyby przejąć władzę w republikach sowieckich i utworzyć w nich przyjazne nam rządy.

Drzemiący potencjał

II wojna światowa diametralnie zmieniła układ sił na politycznej mapie świata. W jej następstwie Związek Sowiecki stał się hegemonem w Europie Środkowo-Wschodniej, zajmując też część Niemiec. Polscy antykomuniści mieli różne koncepcje odnośnie tego, w jaki sposób wyzwolić się spod nowej okupacji. Jedna z nich, opracowana przez część polityków związanych z obozem narodowym, przewidywała ułożenie stosunków z Sowietami – po to, by w odpowiednim momencie, kiedy ich siły osłabną, wyrwać się spod komunistycznej kurateli. Okazało się to jednak nierealistyczne, gdyż czerwona władza wykorzystywała takich polityków do realizacji własnych celów.

Z kolei środowiska powiązane z Brygadą Świętokrzyską chciały podjąć współpracę z innymi narodowymi ugrupowaniami, które w poszczególnych krajach walczyły z Sowietami. Pomysł był mocno kontrowersyjny, bo prowadzono rozmowy m.in. z ukraińskim OUN i Stepanem Banderą, a argumentowano to faktem, że w zaistniałej sytuacji trzeba zwalczać wspólnego wroga, zamiast prowadzić wyniszczającą wojnę partyzancką. Jednak nic z tego nie wyszło, gdyż Sowieci szybko poradzili sobie z ruchem oporu w Polsce, na Ukrainie, Litwie i Białorusi.

W kolejnych latach Jerzy Giedroyć forsował ideę zapomnienia dawnych krzywd i zjednoczenia się wokół idei wyzwolenia narodów, żeby osłabiać Związek Sowiecki, ale przełomem w tym względzie okazał się dopiero upadek komunizmu. Po 1989 roku, kiedy zaczęły odradzać się państwa narodowe, wydawało się, iż jest szansa żeby zrealizować pomysł współpracy w ramach międzymorza, jednak na przeszkodzie stanął brak infrastruktury, która połączyłaby gospodarki tych krajów. Lata sowieckich rządów sprawiły bowiem, że były one nastawione na zaspokajanie potrzeb Moskwy, a nawet konkurowały między sobą o rynek rosyjski. Ukraina nie mogła się zdecydować czy podążać na wschód czy na zachód, Białoruś od 1996 roku realizuje sojusz z Rosją i tylko kraje nadbałtyckie rzeczywiście wyrwały się z orbity dawnych wpływów.

Tymczasem Polska konsekwentnie zmierzała ku opcji zachodniej, niemniej zaniechała rozwoju infrastruktury, która uniezależniłaby nas od zakupu surowców energetycznych ze wschodu, co ograniczało możliwości współpracy z krajami międzymorza.

– Jeżeli dziś chcemy wykorzystać drzemiący w tym projekcie potencjał, musimy dokończyć budowę szlaków transportowych łączących te państwa między sobą. Powstaje Baltic Pipe, tworzone są interkonektory gazowe z Ukrainą i Słowacją, jest gazoport. Dzięki temu będzie możliwa dywersyfikacja dostaw do Europy Środkowo-Wschodniej, a kierunek, który został wytyczony jeszcze w czasach II Rzeczypospolitej, zaczyna nabierać realnych kształtów – konstatuje dr Mariusz Patey…

Piotr Gulbicki

Fot. POLSKIE SPRAWY

Przeczytaj też

Udostępnij

About Author

admin

komentarze (0)

_