15 kwietnia 2019, 14:15 | Autor: Andrzej Maria Borkowski
Andrzej Wełmiński: uczeń krakowskiego czarnoksiężnika

W galerii POSKu niezwykłe wydarzenie – wystawa „Stan zawieszenia” Teresy i Andrzeja Wełmińskich, którzy w latach 70-tych jako para młodych ludzi włączyli się do działań Cricot 2 – grupy artystów tworzących w Krakowie unikalny teatr Tadeusza Kantora. Występując w jego spektaklach objechali cały świat.

Po śmierci Kantora w grudniu 1990 roku inspirowani latami twórczej współpracy z krakowskim mistrzem postanowili kontynuować i rozwijać dziedzictwo jego sztuki. Najpierw z zespołem Cricot 2 dokończono ostatni spektakl mistrza – „Dziś są moje urodziny” – nad którym Kantor pracował do ostatnich dni, potem, w grudniu 1991 roku, w pierwszą rocznicę jego śmierci w tym samym gronie powstała jeszcze w Krzysztoforach „Lekcja anatomii według Tadeusza Kantora” – debata-hommage jego pamięci. Półtora roku potem, w maju 1993 roku Wełmiński współpracując z żoną rozpoczął nowy rozdział swej twórczej pracy, pozostał i chyba do dziś pozostaje w kręgu kantorowskich fascynacji i inspiracji, ale stworzył swój pierwszy, całkowicie własny i autonomiczny spektakl „Manjacy” zaprezentowany na krakowskim Podgórzu w centrum artystycznym Solvay. Tak jak i w kolejnym – „Ameryce – czyli nie oglądaj się za siebie” (1995), występowało w nim jeszcze szereg artystów-przyjaciół, kolegów z dawnego Cricot -2 ], ale Wełmiński nie poprzestał na tym i ruszył dalej. Trudno tu wymieniać wszystkie jego kolejne teatralne realizacje – od „Demona ruchu” zrealizowanego jeszcze w roku 1996 w Bydgoszczy, przez spektakle w Niemczech, Londynie, Edynburgu, w Spoleto, aż po przedstawienia powstałe we współpracy z irańskimi studentami i uczestnikami warsztatów w Teheranie, czy w bliższych galicyjskim nastrojom stronach jak w Rumunii czy w mołdawskim Kiszyniowie gdzie w roku 2015 powstały „Słomiane hieroglify” (ich pełnym nostalgii echem jest pokazywana na wystawie dymiąca kupka siana). Wszystkie te spektakle i artystyczne wojaże dobitnie świadczą o uznaniu dla talentu artysty nie tylko w Polsce ale i poza jej granicami.

 

Na wystawie na dużym wideo-ekranie możemy i my oglądać montaż fragmentów wielu z tych przedstawień, a londyński Coronet Theatre na Notting Hill przed miesiącem, przez kilka dni marca prezentował „Kometę”, spektakl Wełmińskich stworzony w roku 2017 i inspirowany twórczością Bruna Schulza.

Nie ulega wątpliwości, że na polu teatru Andrzej i Teresa Wełmińscy odnieśli sukcesy, ale obecna wystawa chce nam nade wszystko przypomnieć, że Wełmiński, jest nie tylko reżyserem, ale i artystą grafikiem, rysownikiem, a jego teatr, jak ten Kantora, ma ścisłe związki ze sztukami plastycznymi. Od nich przecież zaczynał gdy w roku 1968 rozpoczął naukę w krakowskim Liceum Sztuk Plastycznych. Jeszcze jako uczeń tego liceum zainteresowany nowymi poszukiwaniami w sztuce poznaje w roku 1970 Tadeusza Kantora. Przed wstąpieniem na studia w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych prezentuje mu jako jedynemu widzowi swój stworzony z kolegą happening, a wkrótce zafascynowany mistrzem wchodzi też do wąskiego kręgu jego słuchaczy na spotkaniach -seminariach organizowanych w prywatnym mieszkaniu Kantora, w czasie gdy mistrza usunięto z Akademii.

Sam w 1977 kończy na ASP grafikę zdobywając dyplom z litografii, ale pokazane na wystawie dwie akwaforty nie są popisem technicznej wirtuozerii; tak jak wiszące obok na ścianach rysunki nad formę przedkładają skrótowość idei; chcą zaintrygować nas i zadziwić rekwizytami i groteskowymi bohaterami świata wyobraźni, wyobraźni którą Wełmiński dzieli nie tylko z Kantorem, ale i szeregiem innych twórców tej części Europy, skrawka ziemi odbieranego czasem jako odległa, zagubiona i zapomniana przez Boga prowincja. Wielu takich twórców można by wyliczać od Bruna Schulza i Kafki (a sięgając dawniej pewno i Gogola), po Witkacego, Romana Jaworskiego (twórcę „Żywotów Maniaków”) i Stefana Grabińskiego (od „Demona ruchu” i innych galicyjskich kolejowych opowieści grozy). To świat prawie wszystkim nam bliski, w którym wiele też z zadziwień, zachwytów, oczarowań i lęków jakie przeżywają dzieci (świat Witolda Wojtkiewicza), istot niedojrzałych jeszcze, i zagubionych wśród spraw i rzeczy, których nie rozumieją, ale które czują i przeżywają głęboko. Wszystkie obrazki Wełmińskiego zdają się mieć związek z ideami, postaciami i sytuacjami jakie w różnych wariantach znalazły swe wcielenie w realizowanych przez niego spektaklach.

Staranne podanie i wykończenie ich zdaje się wskazywać, że większość powstała już po próbach realizowania tych sytuacji na scenie (postać chowająca głowę w pudle, inna w wysokim cylindrze odwołująca do rysunków Schulza ciągnie za sobą na sznurku mały dom-pudło z wysokim dachem, jeszcze inna to kataryniarz z grupką Herodów-kolędników w tle czy ciągniony po szynach pociąg z pudłami wagonów itd.). Rysunki te zdają się zwartą syntezą żywych obrazów składających się na akcję spektaklu w teatrze. Próbują oddać szczególną atmosferę, nastrój i absurdalny groteskowy charakter opisywanego świata, ale odnoszę też wrażenie, że ich miękkie linie, prostota i ograniczenie się do czarnej konturowej kreski na cienkim, jakby bibułkowym papierze to niemal metafory ich wtórności wobec procesu tworzenia jaki zdarzył się wcześniej i gdzie indziej. To dokumenty-widma, echa i czuję w nich niedosyt ziemskiej materialności i szorstkich faktur tak ważnych dla tego typu teatru i obecnych w prezentowanych na wystawie obiektach-przedmiotach. Brak mi w rysunkach przemawiania formą kaleką i przypadkiem – są ilustrowaniem sprawdzonej już wcześniej przez Wełmińskiego na scenie idei. Trochę jakby artysta rysując niczego już nie szuka, nie oczekuje niespodzianek – znalazł i wie dobrze co rysuje. Dobrze to zresztą robi, ale rysunek wydaje mi się w większości wypadków ubocznym produktem, potwierdzonym podpisem i datą dokumentem wcześniejszej twórczej myśli. Plączę się w tych uwagach próbując opisać co czuję, a co pamiętam też zresztą jako wrażenie po niektórych późnych rysunków Kantora, które wadały mi się czymś produkowanym na marginesie, prawie na zamówienie, czymś potrzebnym wystawie, a nie wyrastajacem z rzeczywistej twórczej potrzeby samego artysty. Wspominam o tym też dlatego, że wśród prac Wełmińskiego na papierze znalazłem na wystawie (obok zdecydowanie ciekawego i bardziej szkicowego w charakterze „Piecucha”) znacznie wcześniejszy i bardziej malarski rysunek z 1978 roku – milczący i niedopowiedziany wizerunek kaflowej kuchni z obiegającym kuchenną płytę metalowym prętem odgrodzenia. Jest w tej pracy, dla mnie przynajmniej jakaś siła i tajemnica, nie mówiąc już o tym jak ciekawie podzielony na pole czerni i pole bieli (jak w chińskim ying-yang) jest tu prostokąt kartki rysunku. Zdaje się dokumentem czasu gdy rysunek, a pewno i malowanie, wciąż było dla artysty poszukiwaniem i tworzeniem, raczej niż rejestrowaniem rezultatów tworzenia na innym obszarze. Tak w każdym razie mnie się wydaje, choć może nie każdy się z tym zgodzi. Nad rysunki przedkładam na wystawie cztery czy raczej pięć trójwymiarowych obiektów, kreacji zamieniających wnętrze galerii w dziwny obszar ze świata absurdalnego teatru snów i groteskowych zdarzeń. W głębi galeryjnej sali uczepiony parasola jaki znikając gdzieś wyżej, w czeluści innych wymiarów przebija sufit tego pomieszczenia, wisi sam artysta, a raczej naturalnej wielkości manekin o obliczu Wełmińskiego. Ubrany jest w długi czarny płaszcz, melonik i groteskowo spiczaste kamasze. To tytułowy „Stan zawieszenia”(2018), artysta-kuglarz i czarodziej pomiędzy niebem uniesień, a piekłem zawodów podłączony jakby pępowiną do leżącej na podłodze otwartej wielkiej tekturowej księgi (Apokryf- 1993) której prostokątna dziura jak studnia zdaje się prowadzić głębiej, w mroczne podziemia podświadomości, sennych koszmarów lub piekieł. Nie koniec na tym bo nieopodal na trójkątnym stojaku umieszczona jest uszyta z malarskiego płótna i sianem pewno wypchana, ale opatrzona prawdziwymi ptasimi nogami pieczona gęś. To rekwizyt pierwotnie użyty w spektaklu „Ameryka”, ale funkcjonujący tu niezależnie i zatytułowany „Ukryte myśli/Mój własny wiersz „(-1995). Zachęca do refleksji zwłaszcza kiedy odkrywamy, że miejsce gazety owijającej zwykle zakrwawioną gęsią szyję, zajmuje kartka z melancholijnym w nastroju wierszem samego artysty, wierszem, w którym obraz gorącego kiedyś, a coraz chłodniejszego z każdym mijającym rokiem kuchennego pieca zwraca naszą uwagę na ten ważny tu i powracający symbol.

 

Do tematu wiecznych powrotów i świata kalekich, zdegradowanych przedmiotów (który interesował Wełmińskiego od samych początków jego artystycznych poszukiwań ) zdaje się odwoływać jeszcze jeden z metaforycznych obiektów wystawy – Occidental Hotel 1995 – To stos nierówno złożonych na siebie i poobijanych emaliowanych blaszanych talerzy, które skrzypiąc i jęcząc obracają się nadziane jak szaszłyk na oś poruszaną przez ukryty motor. Wreszcie obiekt ostatni, wspomniany już na wstępie niewielki dymiący (kiedy tylko przeciwpożarowe przepisy galerii na to pozwalają) stos siana (Słomiane hieroglify 2015). Może trochę mu tutaj duszno i tęsknić musi do rozległych łąk i połonin, ale jak wszystkie prace Wełmińskiego to wizualny trójwymiarowy znak-hieroglif-symbol przywołujący z naszej wyobraźni całe ciągi innych przepojonych emocjami scen i obrazów przedziwnie zakorzenionych naszej pamięci.

Oczywiste, że twórczość Wełmińskiego wyrasta z wieloletnich doświadczeń pracy z Tadeuszem Kantorem, ale myślę że twórczo jego wizję rozwija i z każdym nowym dziełem czyni ją i swoją.

Andrzej Maria Borkowski

Przeczytaj też

Udostępnij

About Author

Andrzej Maria Borkowski

komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *