06 kwietnia 2019, 07:30
Partia Konserwatywna w rozsypce
Dramatyczna decyzja Theresy May, aby podzielić się toksycznym kielichem Brexitu z Jeremy Corbynem może mieć nieobliczalne skutki dla Wielkiej Brytanii, ale wykazuje jej gotowość do poświęcenia swojej własnej partii dla dobra narodu.

Brytyjska Partia Konserwatywna jest jedną z najstarszych i najbardziej efektywnych organizacji politycznych na świecie. Powstała w roku 1830, a tworzyła już pierwszy rząd pod przewodnictwem Roberta Peel cztery lata później. Partia Konserwatywna była zreformowanym kontynuatorem XVI-wiecznego ruchu Torysów którzy tworzyli ruch monarchistyczny jeszcze za czasów Stuartów, a potem stwarzali trzon brytyjskiej partii rządzącej w czasie wojen napoleońskich. W swoim manifeście wyborczym Peel wyrażał potrzebę przyjmowania umiarkowanych reform, ale bez stałego podważania ładu społecznego. Trzymając się tej zasady partia konserwatywna przez następne dwa stulecia była najczęściej partią rządzącą która ustabilizowałoby sytuację po okresie wielkich reform przeprowadzonych przez inne partie jak Liberałowie czy później Partia Pracy.

Miała w swoich szeregach zarówno tradycjonalistów broniących istniejącego porządku jak i pragmatystów gotowych na umiarkowane zmiany socjalne i gospodarcze. Mimo ich instynktu zachowawczego, ich zdolność do politycznego ewoluowania i również ich dbałość o szanowanie własności prywatnej i stabilnej gospodarki wolnorynkowej były kluczem do wielowiekowego sukcesu. Pamiętam kiedyś złośliwy komentarz przywódcy Partii Pracy, Michael Foot, który, zapytany o możliwość współpracy swojej partii z reformatorami konserwatywnymi odpowiedział, że problem z nimi jest ten, iż „gotowi są przyjąć każdą reformę, ale nigdy tą następną na agendzie.”

Innym ważnym elementem ich sukcesu był ich rzekomy patriotyzm, którym szafowali dla własnych celów, co często prowadziło to do utrwalenia cudzych zbrodniczych systemów dla dobra pokoju. Przez dłuższe lata np. sympatyzowali z Hitlerem czy z reżymem apartheidu w Południowej Afryce, a obecnie utrzymują handel bronią z Arabią Saudyjską.

Udział Wielkiej Brytanii w jednoczącej się Europie, stworzył wielki dylemat dla Partii Konserwatywnej. W końcu to rząd konserwatywny wciągnął Wielką Brytanię do ówczesnego Wspólnego Rynku, choć czuł się na tyle pewny siebie aby wykonać to bez referendum. Zresztą Wspólny Rynek był dla Wielkiej Brytanii przed wszystkim pragmatyczną decyzją gospodarczą. Anglicy byli spóźnieni w wejściu do tej organizacji, bo nie imponowały im lotne ambicje polityczne zawarte w Traktacie Rzymskim. Późniejsza powolna ewolucja Wspólnego Rynku w Europejską Wspólnotę Gospodarczą, a potem już tylko Europejską Wspólnotę zaalarmowała ich. Sprzeciwiali się już traktatowi w Maastricht po roku 1993 kiedy tworzono Unię Europejską.

Konserwatystom odpowiadało jak najbardziej istnienie rynku składającego się z przeszło 500 milionów osób i to szczególnie popierała Margaret Thatcher gdy lansowała pomysł Jednolitego Rynku (Single Market). Ale konserwatyści patrzyli z rosnącą nieufnością na tendencję do co raz szerszych i intensywniejszych pól integracji obejmujących między innymi politykę socjalną, bankowość czy nawet europejską armię. Najbardziej ich denerwowało hasło unijne „ever closer union”, czyli „budowanie coraz ściślejszej unii między narodami”.

To co dla ogółu członków partii konserwatywnej wydawało się być rosnącą irytacją, dla pewnej grupy ideowców prawicowych, z początku tylko na marginesach partii, było już przysłowiową kością w gardle. Patriotyczny element partii konserwatywnej ujawniał się w tej grupie co raz częściej w formie ostrego nacjonalizmu opartego na nostalgii za okresem kiedy Wielka Brytania była twórcą wielkiego imperium. Żyli wciąż tym okresem kiedy dzięki pomocy tego imperium Wielka Brytania przetrwała niszczącą II wojnę bez doświadczenia poniżającej okupacji przez cudze wojska, którą zaznały inne państwa europejskie tworzące Unię Europejską. Z jednej strony była rosnąca nienawiść tej grupy do Unii, a z drugiej strony kpiąca pogarda, odzwierciedlana szerzej w społeczeństwie, dla rosnącej ilości przepisów uzgodnionych przez Komisję Europejską lub wymaganych przez Parlament Europejski, a dotyczącą spraw często trywialnych jak np. kształty bananów.

W czasie okresu dobrobytu pod rządami Blaira i Browna, ci zapaleńcy, czyli tzw. Eurosceptycy, byli jeszcze odizolowani od opinii publicznej w domaganiu się referendum aby opuścić Unię. Ale osłabiali spójność Partii Konserwatywnej za rządów poprzednika, John Major, i doprowadzili do znacznej klęski wyborczej konserwatystów w roku 1997. Ich obsesja antyeuropejska co raz bardziej zapewniła marginalizowanie całej partii przez niemal 13 lat. Stali się popularniejsi dopiero po krachu gospodarczym w roku 2008 gdy całej Europie zaczęła grozić recesja. Ruch antyeuropejski wykroczył już wówczas poza partię konserwatywną i doszedł do szeregów Partii Pracy na terenach najbardziej objętych recesją, ale doprowadził również do powstania nowego ruchu domagającego się wyjścia z Unii który zaowocował w kształcie UKIP, czyli Partii Niepodległości dla Zjednoczonego Królestwa. Zwolennicy tego kursu kierowani zostali nie tylko nostalgią, ale poczuciem bezsilności wobec struktur unijnych i efektów globalizacji, a szczególnie wobec rosnącej ilości imigrantów. Marzono o jakieś mitycznej formie „pełnej” suwerenności zagrożonej rzekomo przez członkostwo Unii, mimo że głównym zagrożeniem były Rosja i fanatycy islamscy.

Gdy powróciły rządy konserwatywne w roku 2010 nowy lider David Cameron czuł się zmuszony udawać eurosceptyka aby utrzymać jedność swojej partii rządzącej w koalicji z proeuropejskimi Lib-Demami. W obawie przed oskrzydleniem ze strony UKIP oderwał Partię Konserwatywną od ugrupowania chadeckiego w Parlamencie Europejskim i połączył się z grupą eurosceptycznych konserwatystów, jak PiS, w oddzielnym słabszym ugrupowaniu. To pozowanie na eurosceptyka stało się niemal powszechne w partii konserwatywnej, co tylko wzmocniło zuchwałość zagorzałych już nie tyle eurosceptyków, co eurofobów, w domaganiu się referendum. Dla świętego spokoju Cameron dopuścił do referendum w manifeście wyborczym w roku 2015 licząc na to że może to śmiało zaofiarować obłąkanemu elektoratowi licząc na to że powstrzyma go umowa koalicyjna z Lib-Demami.

Jak wiemy już, koalicji nie było, Cameron musiał zezwolić na referendum trzy lata temu, aby wreszcie zjednoczyć partię konserwatywną, elektorat małą większością zagłosował za wyjściem i Cameron zrezygnował. Nowa premier Theresa May, poprzednio zwolenniczka pozostania, zaczęła okres swojego pozowania jako neofita eurosceptyk starająca się o formę wyjścia która zadowoli tą część Partii Konserwatywnej oczarowaną mitem „pełnej” suwerenności. Ta eurofobia objęła już praktycznie dolne szeregi partyjne, infiltrowane przez byłych członków skompromitowanej partii UKIP, a teraz nawet grozi posłom sprzyjającym bardziej „miękkiemu” wyjściu.

I ten poważny eurosceptyczny odłam partii, wynik mieszanki fanatyzmu jednej grupy a pozerstwa i oportunizmu drugiej, dławi obecnie możność uzyskania consensusu w obecnym parlamencie co do formy wyjścia z Unii. Skomplikowany projekt Theresy May wynegocjowany z Unią odrzucony już został trzykrotnie w parlamencie. Próby alternatywnego wyjścia też zostały wstępnie odrzucone, i to dwukrotnie. Ale istnieje możliwość że jeszcze w najbliższych dniach większość posłów w parlamencie wykaże gotowość głosowania za bardziej gospodarczo odpowiedzialnym wyjściem jak np. Unia Celna, albo nawet za drugim referendum potwierdzającym wspólnie uzgodniony projekt wyjścia. Niestety 160 zwolenników twardego Brexitu w Partii Konserwatywnej byłoby gotowych zawetować poparcie rządu dla tej opcji, woląc wyjście bez żadnej umowy.

Dlatego za pięć dwunasta Theresa May odrzuciła wszelkie próby utrzymania spójności i jedności swojej partii, zamknęła na klucz swój skłócony gabinet, odbierając im nawet komórki, i ogłosiła nową opcję porozumienia z szefem opozycji. Jest chyba świadoma, że idąc na układ z opozycją może rozbić własną partię a rząd jej może się też rozpaść.

Były przywódca William Hague obawia się że Partia Konserwatywna na tym straci, bo w wypadku przyszłych wyborów będzie atakowana z dwóch przeciwległych stron, jako partia odpowiedzialna za wywołanie Brexitu, a zarazem jako partia która Brexit zdradziła.

Co prawda Partia Pracy jest jeszcze bardziej podzielona, i to nie tylko przez Brexit. To jeszcze ratuje Torysów przed zagładą, ale niestety wybory nie załatwiłyby sprawy Brexitu. Najmądrzej byłoby gdyby umiarkowany odłam Konserwatystów przyjął wspólny projekt wyjścia z opozycją i poddał go pod głosowanie w referendum.

Wiktor Moszczyński

Przeczytaj też

Udostępnij

About Author

admin

komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *