26 lutego 2019, 09:39
I jest mi tu jak w niebie!

Jeśli czegoś mi w życiu żal, to tego, o czym tak trafnie powiedział Lewis Carroll: „In the end, we only regret the chances we didn’t take”.

No właśnie! Gdzieś nie byłam, czegos nie widziałam, coś zaprzepaściłam, przegapiłam, nie miałam odwagi, niedokładnie słuchałam (wpadło jednym uchem, wypadło drugim!), czegoś nie zdążyłam, coś zaniechałam. Lista długa i rozciągliwa jak guma arabska. Dlatego staram sie, oj staram, żeby przynajmniej ludzi „nie przegapić”! Jak choćby tych uroczych, starszych pań, które dzieliły ze mną stół podczas spotkania w Łowiczance, z okazji 79. rocznicy deportacji Polaków na Syberię.

Co tu kryć, my „powojenni”, wychowani w Polsce, gdzie historii uczono nas podwójnie (jedna oficjalna „sieczka” w szkole, druga prawdziwa wersja w domu, za szczelnie zamkniętymi drzwiami i włączonym głośno radiem „dla niepoznaki”), mamy stały niedosyt. I spore braki! Dlatego kontakty osobiste z kimś, kto przez deportację na Sybir przeszedł (i przeżył!), a teraz nam o tym opowie, są bezcenne. Dziękuję za to spotknie przy stole. Dotknęłam historii!

Historia mówi też do mnie z Węgorzewa! Przez telefon…

Pan Wincenty Turowski opowiada mi o sobie. Urodził sie w 1962 roku, w Kazachstanie i jak mówi, przez całe lata, stale mu się tam wydawało, że „ta okropna wojna nadal trwa”. Jego dziadków jako „niepokornych” (celem głównym było zmniejszanie na tych terenach liczby świadomych Polaków), zesłano w 1936 roku z powiatu korosteńskiego (Żytomierszczyzna) do Kazachstanu. Dziadek po dwóch latach, mając raptem 37 lat, udręczony pracą ponad jego siły, zmarł. Kiedy to słyszę, skóra mi cierpnie. Widzę młodą buzię mojej 36-letniej córki i jej przyjaciół, rówieśników. Przecież to najpiękniejsze ich lata! Całe życie przed nimi! To nie czas na umieranie! A jednak wtedy, dla naszych Rodaków, to był „ten czas”. Pan Wincenty mówi o swoim ojcu, który jako trzynastolatek „chodził do ciężkiej roboty”. Mniejsze dzieci też chodziły, dodaje. Stają mi zaraz w oczach wszystkie znajome mi dzieci. Rodziny, przyjaciół, sąsiadów. Szczęśliwe, wolne, dobrze wykarmione, te nasze radosne, szczebioczące wróbelki. I znów mi smutno.

Pytam pana Wincentego, jak to sie stało, że wreszcie Kazachstan opuścił. Kto dał mu tę szansę, o której mówi Lewis Carroll. Tę jedną, jedyną, której nie wolno przegapić! Bo przegapionej, nigdy nie odżałujemy! Otóż do Kazachstanu przyjechał nauczyciel języka polskiego, „patriota nad patriotami”, pan Maciej Krasuski. „Urzekł mnie swoją polskością” – mówi pan Wincenty. Kontakt trwał przez rok, potem nauczyciel pojechał nad Bajkał, wreszcie objął pozycję wice-konsula we Lwowie. I to pan Maciej Krasuski znalazł Wincentemu rodzinę w Białymstoku, która wysłała mu upragnione zaproszenie. 15 września 1995 roku stanął na polskiej ziemi i jak mówi, jest mu tu jak w niebie. „Wiem, że tu jest mój dom. Zawsze to wiedziałem”, dodaje. W Kazachstanie zostały trzy siostry i trzech braci. Już tam będą na zawsze, porośli w tę ziemię. „Tam są przecież nasze groby! Siostry pilnują grobów. Bo groby, pani Ewo… trzymają ludzi”.

Z panem Wincentym mogłabym rozmawiać godzinami! To trochę jak czytanie „Widnokręgu” Wiesława Myśliwskiego. Bo nawet temat drobiu się nagle pojawia. Mój ulubiony fragment w książce, to opowieść o jedzeniu rosołu, a właściwie o dzieleniu koguta: „Rozłożywszy talerze, przystępuje babka do dzielenia koguta, z powagą i namysłem, jakie przystoją sprawiedliwości. Temu udo, temu drugie udo, temu pół piersi, temu drugie pół, tam kuper, tu skrzydełko, drugie skrzydełko, szyja, za mało tych skrzydełek, za mało tych ud, więc cos ujmie, tam dołoży, przełoży, uszczknie, zamieni, doda, przepołowi, medytując, że taki wielki wydawał sie ten kogut, taki wielki, póki chodził po obejściu, a nie ma czym dzielić ”. Pan Wincenty naszą rozmowę kończy tak: „Jak moja Jola, tu w Węgorzewie mówi mi, że ZNÓW jutro będziemy musieli jeść kurczaka, bo został z dzisiejszego obiadu, to ja jej pani Ewo nie rozumiem! Bo moim wieloletnim marzeniem, tam w Kazachstanie, było móc zjeść kurczaka! Codziennie. I… mieć rower”.

„Widnokrąg” Wiesława Myśliwskiego polecam Państwu jako lekturę obowiązkową. A panu Wincentemu życzę długiego i pięknego życia. W jego polskim, odzyskanym domu.

PS: W Kazachstanie oficjalnie zostało jeszcze 34 tysięcy Polaków. Według obliczeń kościoła katolickiego – nawet 100 tysięcy. Na zezwolenie na przyjazd do Polski czekają setki rodzin! Oprócz pana Wincentego, w Polsce mieszka też jego najmłodszy brat.

Ewa Kwaśniewska

 

Przeczytaj też

Udostępnij

About Author

Ewa Kwaśniewska

komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *