09 listopada 2017, 09:57
Na kolonialnych bezdrożach

Zanurzam się w najciemniejsze kąty Czarnego Lądu. Wędrując przez nieprzeniknione puszcze i moczary, kamienne pustynie i dzikie nadbrzeża, przekraczam rzeki, jeziora i bagna gdzie panuje świat komarów, much tse-tse i szarańczy; błądzę po wioskach gdzie szerzy się bieda, apatia, trąd i malaria, gdzie woda do picia zawiera robactwo i fekalia zwierzęce. A w tym piekle jednak samotny podróżnik zachłystuje się ciszą, spokojem i urokiem gwiaździstych afrykańskich nocy, słuchając kumkania ropuch i ryku lwów.

Czytam z zachwytem i podziwem angielskojęzyczną kronikę* podróży polskiego donkiszota Kazimierza Nowaka, prawdziwego bohatera i podróżnika, który w latach 30-ych, w ciągu pięciu lat pokonał samotnie Afrykę rowerem od Libii przez Egipt i Kongo do Kapsztadu, a potem znów z powrotem do Algieru, choć już teraz konno lub na wielbłądzie. W sumie pokonał w tym czasie 40,000 kilometrów, a wszędzie prowadził pamiętnik, pisał listy i robił fotografie. Widać na tym zdjęciach też jego portrety gdzie z wyglądu przypomina powiększoną wersję kronikarza Koszałka Opałka.

Nawet po przeczytaniu książki nie mogę w pełni zrozumieć skąd ten obsesyjny Polak zdecydował na swoją podróż nie mając ani wsparcia finansowego ani właściwych kontaktów do ułatwiania mu podróży. Chciał zapoznać się z Afryką, przekazać jej tajemniczy urok czytelnikom w Polsce, a przede wszystkim chciał wystawić siebie na próbę. Czy wytrzyma? Czy pokona? Czy przeżyje?

Z początku zachłystywał się urokiem życia kolonialnego który spopularyzował w przedwojennej Polsce Sienkiewicz, a później Janusz Korczak ze swoimi egzotycznymi czarnymi przyjaciółmi Króla Maciusia. Z jednej strony wabiła go egzotyka przyrody i prymitywność afrykańskich szczepów, a z drugiej strony, ład i komfort życia kolonialistów. Lecz Nowak czuje się źle wśród białych. Gdy dojeżdża do zamożniejszych miast jak Kair, Elisabethville, Johannesburg, od razu czuje się nieswojo. Nie znosi hałasu aut i odgłosu radia. Nocuje pod swoim namiotem na peryferiach miasta, walczy z biurokracją o wizy i przepustki, i marzy o powrocie do buszu i do dżungli. Tam znów walczy z przyrodą i użera się z tubylcami. Najlepiej czuje się wśród misjonarzy i właściwie całą trasę wyznacza wyprawami do misji katolickich, często w niedostępnych bezdrożnych lasach do których stara się trafiać nawet nocami. i niemal każda misja ratuje go z kolei z kolejnej zaraźliwej choroby czy z zupełnego wycieńczenia.

Nowak unika białej „cywilizacji” częściowo ze względu na brak pieniędzy, ale głownie dlatego że dochodzi do wniosku że biali kolonizatorzy (w odróżnieniu od misjonarzy) są zakałą Afryki. Wprowadzają drogi, mosty, słupy telegraficzne, koleje, szpitale, szkoły, lecz czynią to dla własnej korzyści, a tubylców eksploatują, przekupują i upokarzają. W angielskiej szkole podstawowej jeszcze uczono mnie o „white man’s burden” w Afryce, czyli „brzemię białego człowieka”. Lecz biali stali się brzemieniem dla czarnych mieszkańców. Podbito ich kraj, narzucono im podatki, wprowadzano najsurowsze kary, wystawiono sztuczne granice i zmuszano ich do pracy w krótkotrwałych kopalniach, a najgorzej zdeprawowano ich kobiety i dziewczyny, z którymi kolonizatorzy rodzili dzieci, które potem błąkały się z chorowitymi matkami po wyjeździe „białego tatusia” na stałe do Europy. Przy istniejących już chorobach tropikalnych, jak trąd, filarioza, beri-beri, śpiączka afrykańska czy dżuma, dochodzi powszechnie w Afryce syfilis i inne choroby weneryczne poprzednio tam nieznane. Dalej mimo zaprzeczeń białych władz uprawia się niewolnictwo, szczególnie w terenach na południe od Sahary. Wycieczki z Europy masowo polowały na zwierzynę co już wtedy, przed Wojną, groziło wyniszczeniem źródła pokarmu dla tubylców. W Rodezji Nowak był poddany pod ostracyzm przez Anglików, bo uważali że nie przystało, aby biały człowiek sam sobie parzył herbatę.

Nowak, osoba żarliwie religijna, jest głęboko przejęty zakłamaniem kolonializmu i zapowiada że kiedyś czarni tubylcy wyjdą ze swojego letargu i siłą odbiją Afrykę białym. Wtedy to było nie do pomyślenia, ale już zaledwie 20 lat później, jego zapowiedzi zaczęły się spełniać.

Parokrotnie Nowak pisze z zadowoleniem że na szczęście Polska nie ma kolonii. Gdy widzi arogancję Brytyjczyków czy Belgów, brutalność i bezwzględność systemu które korumpuje zarówno eksploratorów i eksploatowanych, cieszy się że Polacy nie są zdani na takie pokusy. Tu staje w konflikcie z Polską Ligą Morską i Kolonialną która ofiarowała mu poważne wsparcie i była gotowa udostępnić mu darmowe wydanie jego książki po swoim powrocie do Polski, lecz Nowak nie poddawał się takim namowom i sam organizował swoje wykłady w Polsce.

Przeszło milion Polaków zapisało się do Ligi Morskiej i Kolonialnej organizacji. W tym byli też chłopi chętni do znalezienia pracy na odległych terytoriach z dala od wynędzniałej polskiej wsi. Ale Liga nie miała już szans wciśnięcia Polski do rangi prawdziwego państwa kolonialnego. I całe szczęście. Próbowano wykupić 2 miliony hektarów w brazylijskim stanie Parana. W końcu osiedlono około 350 rolników w osadzie Morska Wola, ale rząd brazylijski wyczuł że Polska może mieć tu ambicje imperialne, zakazał dalszą imigrację polską i projekt zaniechano. W Liberii, mimo podpisania bardzo korzystnej umowy handlowej, podobna próba wprowadzenia osadników polskich zakończyła się fiaskiem, gdy liberyjscy dyplomaci doczytali się w prasie polskiej, że ich państwo jest już polską kolonią. Była też mowa o przesiedleniu osadników, w tym też Żydów, do Madagaskaru, ale w końcu władze francuskie nie zezwoliły na to.

Faktycznie Polska i tak nie potrzebowała terenów do osiedlenia za granicą bo przecież posiadała Kresy Wschodnie. Tereny te zdobył polski żołnierz w walce z Rosją bolszewicką ale rządy polskie nie bardzo wiedziały jak ten teren administrować, biorąc pod uwagę że poza głównymi miastami jak Lwów i Wilno, tereny te miały znikomą tylko polską ludność. Sprowadzenie polskich osadników na te tereny było tylko kroplą w morzu. Koncepcja jagiellońska Piłsudskiego przewidywała szerokie państwo wieloetniczne, w którym dominacja polityczna Polski zapewniałaby ochronę całego terenu przed imperializmem rosyjskim. Propagatorami tych koncepcji byli bliski współpracownik Piłsudskiego – Tadeusz Hołówko i wojewoda nowogrodzki Henryk Józewski. Lecz endecka koncepcja „nowoczesnego” monoetnicznego państwa, uniemożliwiła tę wizję, i choć trzeba przyznać że Polska w żadnym wypadku nie popełniała zbrodni porównywalnych do zbrodni kolonizatorów czy Sowietów, lecz jednak krótkowzroczna arogancja polskich władz (endecka prasa nawet nie uznawała istnienia odrębnej narodowości ukraińskiej) i wojskowe pacyfikacje ukraińskich wsi, były świadectwem jak bardzo mogłaby i Polska zostać skorumpowana gdyby posiadała kolonie w Afryce. Myślę że z czasem sytuacja by się poprawiła na Kresach ale musiała by odrosnąć koncepcja państwa wielonarodowego. Ale jak wiemy czasu nie było.

Nie było też czasu dla Kazimierza Nowaka aby się nacieszyć powrotem do Polski, o którym przez 5 lat podróży systematycznie marzył. Zniszczony przez choroby afrykańskie przeżył w swoim kochanym Poznaniu zaledwie jeden rok. Osłabiony malarią zmarł w szpitalu na zapalenie płuc. Nie dożył wyzwolenia Afryki, nie wiadomo też czy by się z tego wyzwolenia tak bardzo nacieszył.

* Kazimierz Nowak, “Across the Dark Continent” – Bicycle diaries from Africa 1931-1936, Wyd, Sorus, Poznań

Wiktor Moszczyński

Przeczytaj też

Udostępnij

About Author

admin

komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *