04 października 2017, 10:40
Dwie Łempickie

Kiedy jestem w Warszawie z zachwytem spoglądam przez okno mojego mieszkania na fasadę pobliskiego domu. To znakomity przykład jak można zaadaptować starą ruderę, jaką była przez wiele lat ta przedwojenna kamienica na elegancki hotel. Wnętrza „Rialto” są równie piękne, utrzymane jest w stylu Art Deco – skórzane fotele, w które wygodnie się wpada, lustra z geometrycznie ozdobionymi ramami i kopie obrazów Tamary Łempickiej. To fragment przedwojennej Warszawy. Złudzenie tym większe, że na kamienicy obok wisi tablica informująca o jednym z jej mieszkańców, marszałku Józefie Piłsudskim.

Tamara Łempicka fascynuje. Przez wiele lat po jej śmierci trwały spory: czy była wielką artystką, czy też tylko modnym zjawiskiem, po którym nic nie zostanie. Zainteresowanie sztuką Art Deco, jakie obserwujemy w ostatnich latach zdaje się rozstrzygać ten spór na korzyść malarki.

Ale Łempicka to także niebanalny życiorys. Urodziła się w Warszawie w 1898 r. Była córką rosyjskiego mecenasa i Polki. Mając 18 lat poślubiła Tadeusza Łempickiego, który był synem bratanicy Cypriana Kamila Norwida. Ślub odbył się w Petersburgu. Wkrótce potem na świat przyszła ich córka, znana później jako Kizette de Lempicka-Foxhall. Po rewolucji bolszewickiej małżeństwu udało się uciec z Rosji. Zamieszkali w Paryżu. Tam Łempicka zaczęła malować. Choć lubiła utrzymywać, że jest samoukiem, to wiadomo, że przez rok studiowała malarstwo. Mimo rozwodu w 1928 r. artystka zachowała nazwisko męża. Uzyskała rozgłos jako uczestniczka pierwszej wystawy Art Deco w 1925 r. Została uznana za czołową przedstawicielkę tego stylu. Mówiła o sobie, że jest „kapłanką Art Deco”. Sławni ludzie zamawiali u niej portrety, obracała się w środowisku artystycznym i arystokratycznym Paryża. Wystawiała w prestiżowych galeriach. Przyjaźniła się m. in. z twórcami surrealizmu. Prowadzi skandalizujący tryb życia. Jej najsłynniejszy obraz z tego okresu to autoportret „Tamara w zielonym Bugatti”. W 1939 r. wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych wraz ze swym drugim mężem baronem Raoulem Kuffnerem. Jednak w Ameryce jej twórczość nie była traktowana poważnie, a moda na styl lat 30-tych minęła. Po śmierci Kuffnera przeniosła się do Houston, gdzie mieszkała jej córka. W 1973 r. odbyła się retrospektywna wystawa jej dzieł w Paryżu. Rok później Łempicka osiedliła się w Cuarnevaca w Meksyku, gdzie zmarła w 1980 r. Jej prochy – zgodnie z życzeniem artystki – zostały rozsypane nad kraterem czynnego wulkanu.

Przypominam pokrótce ten życiorys, bo zapewne wielu widzów spektaklu „Tamara L.”, jaki został wystawiony dzięki Ewie Becli w POSK-u, a poświęcony tej właśnie artystce, poznali go jedynie w strzępach. Nic zresztą dziwnego. Jak przyznaje autor Kazimierz Braun, nie jest to sztuka biograficzna, choć czerpie z życia i twórczości Łempickiej, a także wykorzystuje jej malarstwo.

Kanwą sztuki jest epizod z życia malarki, która w pewnym momencie postanowiła wstąpić do klasztoru. Skończyło się jedynie na zamiarach, ale owocem tego zamysłu jest portret Matki Przełożonej. Jak pisze Braun, namalowany przez Łempicką portret zakonnicy “…zastanawia. Jest tak różny od tworzonych przez nią dotąd aktów indywidualnych i zbiorowych, portretów ludzi bogatych i sławnych. Czemu ten obraz powstał? Co naprawdę wydarzyło się bezpośrednio przed jego namalowaniem? O czym te dwie kobiety, tak diametralnie różne, rozmawiały, gdy jedna malowała a druga pozowała? Czego szukała w swoim modelu malarka? Co chciała przekazać malarce zakonnica? Musiały tam padać pytania o powołanie artysty, o motywy dążenia do doskonałości – i w świecie i za klasztorną kratą – o wartość życia zmysłowego i życia duchowego, o twórczość artystyczną i o modlitwę, o źródła ludzkiej twórczej energii.”

W role te wcieliły się matka i córka, Maria Nowotarska i Agata Pilitowska-Borys, obie absolwentki Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie, które od ponad 25 lat prowadzą Teatr Polski w Toronto pod oficjalną nazwą Salon Poezji, Muzyki i Teatru. Więcej o tym teatrze można przeczytać w książce Joanny Sokołowskiej-Gwizdka „Teatr spełnionych nadziei”. Na scenie mamy starcie dwóch różnych osobowości: cichej, choć wykształconej zakonnicy (Nowotarska) i żywiołowej, ale pełnej rozterek malarki (Piłatowska). W to starcie dwóch postaw wplecione są rozważania o prądach artystycznych w ogóle, które wygłaszane ze sceny, niestety, brzmią płasko jak fragmenty odczytywanego podręcznika historii sztuki.

Spektakl Kazimierza Brauna, wybitnego teatrologa, reżysera i wykładowcy, był moim drugim zetknięciem się z Tamarą Łempicką przeniesioną na scenę teatralną. Kilkanaście lat temu byłam na kameralnym spektaklu w domu znanego aktora Toma Contiego. Cudowne wnętrze i równie uroczy spektakl, „Deco Diva”. W rolę Tamary Łempickiej wcieliła się żona Contiego Klara Wilson. To także jest rozmowa, ale jakże inna. Interlokutorem malarki jest wyimaginowany dziennikarz, który stara się dowiedzieć o życiu skandalizującej artystki. Rok 1939, a więc na krótko przed emigracją do Ameryki. Klara Wilson przez półtorej godziny odpowiada na pytania i maluje. Na koniec prezentuje swoje dzieło – kopię obrazu „Rafaela sur fond vert or Le Rêve”. Najczęściej na zakończenie odbywała się aukcja. Tak było także po spektaklu, który dane mi było obejrzeć.

Zobaczyłam w teatrze więc dwie Łempickie. Jedną histeryczną, miotającą się po scenie, szukającą „prawdy o życiu”. I drugą – wyrafinowaną damę salonów, na skroś cyniczną. A jaka była Łempicka naprawdę?

Katarzyna Bzowska

 

Przeczytaj też

Udostępnij

About Author

Katarzyna Bzowska

komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *