08 września 2017, 11:57 | Autor: Magdalena Grzymkowska
Gdyby nie oni, nie byłoby nas

Uroczystości pod Pomnikiem Lotników Polskich  Northolt

Co roku we wrześniu Pomnik Lotników Polskich (Polish War Memorial) w Northolt jest jednym z głównych miejsc obchodów kolejnych rocznic bitwy o Anglię. W tym roku w uroczystościach w ubiegłą sobotę wzięło udział ponad 500 osób, w tym kombatanci, przedstawiciele polskich i brytyjskich sił zbrojnych oraz władz lokalnych.

Obchody otworzył swoim przemówieniem Richard Kornicki, prezes Polish Air Force Memorial Committee i jednocześnie syn ostatniego żyjącego dowódcy polskiego dywizjonu z okresu II wojny światowej. „Polacy nigdy się nie poddali i walczyli wraz z Brytyjczykami w najtrudniejszych chwilach,” zaznaczył.

Miejsce-symbol

To szczególne miejsce na mapie Londynu. Miejscowi używają go jako charakterystycznego punktu do nawigowania po okolicy, w radiu kierowcy słuchają informacji o ewentualnych utrudnieniach w ruchu w tym rejonie. Dzięki powstałym w 2015 r. obok pomnika ogrodu pamięci coraz więcej londyńczyków zaczyna zdawać sobie sprawę z wielkiej symboliki tego miejsca.
Pomysł na upamiętnienie poległych na polu bitwy kolegów narodził się w głowach polskich lotników jeszcze w czasie wojny. Autorem projektu pomnika jest Mieczysław Lubelski, były więzień obozu koncentracyjnego. Ostatecznie monument został zniesiony z inicjatywy Polish Air Force Association, zaś odsłonięty w 1948 r. Na pomniku umieszczono nazwiska 1241 lotników, którzy polegli w czasie wojskowych działań operacyjnych. W czasie renowacji pomnika w latach 1994-1996 do listy dopisano również tych którzy zginęli w czasie ćwiczeń i w konsekwencji wypadków. Obecnie łącznie na cokole widnieje 2165 nazwisk.
O wyjątkowości tego miejsca świadczy, również to że jest jednym z najważniejszych elementów wizyt przedstawicieli państwa polskiego. Pomnik odwiedzili m.in. prezydent Lech Wałęsa i Aleksander Kwaśniewski.

– Gdy premier RP Beata Szydło odwiedziła Wielką Brytanię zaproszona na międzyrządowe konsultacje w listopadzie zeszłego roku, pierwszym punktem jej delegacji było przyjechanie tutaj i złożenie wieńca, ramię w ramię z premier Theresą May, aby złożyć hołd poległym, aby razem poznać weteranów, a następnie wspólnie udać się na spotkanie na Downing Street – podkreślił Kornicki.

Urodzony myśliwiec

To była 57. uroczystość pod pomnikiem. Obok wileńskiego sztandaru Polskich Sił Zbrojnych i sztandaru Związku Lotników Polskich obecni byli kadeci brytyjskiego 663 dywizjonu w królewskich barwach oraz oficerowie Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych w Dęblinie, jak również harcerze i uczniowie polskich szkół sobotnich.
Uroczystości połączyły kilka pokoleń Polaków, którzy pragnęli oddać hołd bohaterom.
Jednym z ostatnich żyjących polskich lotników pamiętających Bitwę o Wielką Brytanię był pułkownik Adam Ostrowski. Jako pilot wojskowy latał w 317 Dywizjonie Myśliwskim „Wileńskim”.
– Zawsze kochałem latać. Zaczynałem od szybowców, później przerzuciłem się na samoloty silnikowe. Swój pierwszy samodzielny lot wykonałem w mundurze harcerskim, jak miałem 15 lat! – wspomina Ostrowski. Gdy wybuchła wojna, zaczynał studia na Politechnice Lwowskiej, a po klęsce kampanii wrześniowej został wywieziony na Sybir
– Myślałam, że to już koniec. Jednak gdy Niemcy uderzyli na Rosję i Stalin poprosił o pomoc Brytyjczyków, Churchill powiedział: „Macie tam u siebie zakładników, świetnych żołnierzy, pilotów. Zwolnijcie ich, niech przyjadą do Anglii i biją się przeciwko Niemcom.” To było jakbym dostał nowe życie – opowiada. Na mocy traktatu Sikorski-Majski Ostrowski trafił do Wielkiej Brytanii, gdzie przeszedł lotnicze szkolenie.
– Mimo że już miałem licencję pilota! Ale w końcu poznali się na mnie, że umiem latać i do końca wojny walczyłem w lotnictwie. Latałem na myśliwcach, na Spitfire’ach. Chciałem iść na bombowce, bo mój kolega tam poszedł. Jednak jak instruktor zobaczył, jakie akrobacje robię w powietrzu, powiedział: „Ty musisz iść na myśliwce! Ty jesteś urodzony myśliwiec!” – uśmiecha się.

 

Trzeba mówić jak najwięcej

Na uroczystościach była również Nina Bennet. Jej ojciec, Henryk Bieniek, był pilotem Dywizjonu 303 i 302.
– Mój ojciec przyjechał do Wielkiej Brytanii w czasie wojny i poznał moją matkę, gdy przebywał w bazie na północy Walii. Spotkali się tańcach i zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. To była wielka miłość, której owocem jest piątka dzieci – podkreśla.
Henryk Bieniek został potrójnie odznaczony Krzyżem Walecznych, Medalem Lotniczym, a także brytyjskimi odznaczeniami: 1939-45 Star, Atlantic Star, Defence i War Medal. Po wojnie zwolnił się z lotnictwa polskiego i wstąpił do RAF-u. Zginął w wypadku podczas ćwiczeń lotów pokazowych z okazji rocznicy Bitwy o Anglię w Mona on Anglesey RAF Vimpire Jet.
– Miałam wtedy tylko 9 lat, jednak mam w pamięci naprawę wspaniałe wspomnienia związane z moim ojcem. On uczył nas polskiego, uczył śpiewać polskie kolędy. Gdyby żył nieco dłużej na pewno mój polski byłby znacznie lepszy – zaznacza. Wiele lat później Nina odwiedziła Polskę i przyjechała do Woninek, miejsca urodzenia swojego ojca.
– Mój syn, Steven, który położy dzisiaj wieniec wraz ze mną, pisze książkę o swoim dziadku. Ponieważ syn mojej kuzynki z Polski, Krzysztof Skonieczny jest filmowcem, obiecał nakręcić film na podstawie tej książki – zaznacza.
– Jestem pełna dumy, że mogę złożyć wieniec pod tym pomnikiem i uczcić pamięć o moim ojcu oraz wszystkich lotnikach walczących w Bitwie o Wielką Brytanię. To takie ważne, aby korzystać z każdej możliwości, aby mówić o polskim wkładzie w II wojnę światową i podziękować tym wszystkim wspaniałym ludziom, mężczyznom i kobietom, wszystkim, którzy przyczynili się do zwycięstwa. Zwłaszcza w czasach, gdy tak dużo mówi się o imigrantach w kontekście Brexitu – podkreśla, dodając ze wzruszeniem, że „gdyby nie oni, być może my nie moglibyśmy dzisiaj stać tutaj.”

Duch polskich pilotów

Przedstawicielem młodego pokolenia emigracji jest Andrzej Michalski, współzałożyciel organizacji charytatywnej 307 Squadron Project.
– Jestem niezmiernie dumny z tego, że mój wuj Leon Michalski służył w 307 Dywizjonie Myśliwskim Nocnym „Lwowskich Puchaczy”. To właśnie jego historia popchnęła mnie, że się zainteresować historią i lotnictwem – dodaje.
W ramach pracy wolontariackiej Andrzej Michalski wraz z innym członkami organizacji organizują wystawy, nagrywają wywiady z weteranami i przyczyniają się do zwiększania wiedzy na temat polskich lotników. To dzięki jego zaangażowaniu 15 listopada na maszt ratusza miejskiego w Exeter zostanie wciągnięta polska flaga.
– To wielki zaszczyt móc być w Northolt i w tej wzruszającej chwili składać wieniec ku czci i chwale polskich dywizjonów. Tutaj naprawdę czuć ducha polskich pilotów – podkreśla.

Po raz pierwszy mieliśmy nadzieję

Nie każdy wie, że w lotnictwie służyli nie tylko mężczyźni, ale także kobiety. Wanda Szuwalska nie walczyła w powietrzu, lecz pracowała w administracji bazy lotniczej i w wieży kontroli lotów.
– Czasami mnie pytają, czy latałam w czasie wojny? A ja wtedy z przekąsem odpowiadam: „Tak, za chłopcami w obozie!” – żartuje.
Pani Wanda jest serdeczną osobą pełną pogody ducha i być może dlatego tak chętnie zapraszana jest nie tylko do polskich, ale również do brytyjskich szkół, aby opowiadała swoje historie na temat II wojny światowej.
– A ja zawsze chętnie się zgadzam, bo uważam, że trzeba rozmawiać i uczyć dzieci historii – dodaje.Swoją gawędę zaczyna od wywózki na Syberię, 10 lutego 1940 roku.
– Godzina trzecia w nocy. Stuk! Huk! Dzieci płaczą! Wchodzą żołnierze i każą iść na stacje. Załadowali nas do wagonów bydlęcych i wysłali w głąb Rosji. Potem jechaliśmy saniami w stronę Archangielska, aż w końcu wysadzili nas w leżącym przy brzegu Dźwiny posiołku Piermogorie w rejonie krasnoborskim
– opowiada.
Po amnestii zgłosiła się do wojska jako ochotniczka Pomocniczej Służby Kobiet. Po zakończeniu ewakuacji Polaków na Bliski Wschód została przeniesiona do Teheranu, w Persji, gdzie ukończyła przeszkolenie
wojskowe.
– Bardzo miło wspominam ten czas. Może dlatego, że człowiek był młody, a może dlatego, że w końcu od początku wojny mieliśmy nadzieję – wspomina.
Zgłosiła się do służby w lotnictwie i z grupą innych ochotniczek wyruszyła z Bliskiego Wschodu do Aleksandrii, a stamtąd do Liverpoolu w Anglii. Została przydzielona do 300 Dywizjonu Bombowego w bazie RAF Faldingworth. Tam została przeszkolona w specjalności kancelistki i telefonistki. O swoich obowiązkach na wieży lotniczej opowiada przez zaciśnięte gardło:
– To bywało smutne, ponieważ znaliśmy tych wszystkich lotników, a nie wiadomo było, czy wrócą
– tłumaczy.
Wspólna służba i miłość do lotnictwa połączyła ją z jej pierwszym mężem, Janem Gawłem, plutonowym radiotelegrafistą. Dziesięć lat po śmierci pierwszego męża, ponownie wyszła za mąż, za Tadeusza Szuwalskiego, byłego pilota 300 dywizjonu. Przez wszystkie lata powojenne była aktywna działaczką emigracyjną w Wielkiej Brytanii. Za pracę społeczną została odznaczona Srebrnym i Złotym Krzyżem Zasługi i Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Tuż przed rozpoczęciem uroczystości w Northolt Danuta Bildziuk, sekretarz generalna Związku Lotników Polskich, pyta się pani Wandy, czy przy składaniu wieńca może jej towarzyszyć kadet.
– Jak przystojny, to może! – odpowiada Szuwalska ze swadą.

Magdalena Grzymkowska

Przeczytaj też

Udostępnij

About Author

Magdalena Grzymkowska

komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *