08 maja 2017, 10:22
Zawiść

Przed paroma miesiącami kulturalnym środowiskiem Anglii wstrząsnęła wiadomość o niespodziewanej decyzji odwołania z roli dyrektora szekspirowskiego Globe Theatre niedawno, bo zaledwie rok temu mianowanej Emmy Rice. Szok, jaki wywołała ta wiadomość, był tym większy, że wszystkie spektakle zrealizowane przez Emmę od momentu objęcia przez nią dyrekcji uznane były za bezprecedensowy sukces artystyczny i finansowy, a bilety na nadchodzący, niestety już ostatni sezon rozchodzą się jak przysłowiowe ciepłe bułeczki. Swą decyzję zarząd teatru uzasadniał konfliktem na temat zastosowania teatralnego oświetlenia oraz muzyki elektronicznej, niezgodnym jakoby z założeniami tej instytucji.

Szekspirowski Teatr Globe, to jak wiadomo rekonstrukcja oryginalnej siedziby trupy Williama Szekspira przyciągająca przede wszystkim, choć oczywiście nie tylko, turystów i wycieczki szkolne. Przed Emma prowadzili ten teatr znany aktor Mark Rylance, a po nim Dominic Dromgoole, obaj z mniejszym lub większym sukcesem próbowali iść na kompromis wobec tzw. „old practices”, czyli historycznych metod realizacji sztuk Szekspira . Powierzenie dyrekcji tego teatru Emmie Rice było w oczach środowiska teatralnego wyrazem nadziei, że ta dynamiczna reżyserka wniesie nową energię i przyciągnie szerszą publiczność do szacownej, ale nieco muzealnej instytucji.
Nadzieja spełniła się, ale nacisk tradycjonalistów w zarządzie okazał się silniejszy.

Media i internet zawrzały oburzeniem i sprzeciwami. Największe autorytety teatralne i literackie opowiedziały się po stronie reżyserki, oskarżając zarząd teatru o seksizm, lęk przed postępem, krótkowzroczność, wręcz głupotę. Natomiast Emma przyjęła decyzje zarządu teatru w milczeniu, oznajmiając tylko, że w jej ostatnim sezonie zaczynającym się właśnie w kwietniu i nazwanym przez nią „Sezonem Miłości”, Teatr Globe będzie rozbrzmiewał muzyka i lśnił feerią świateł, a na pokrytym strzechą dachu teatru zakwitną specjalnie posadzone drzewa i kwiaty .
W czasach Brexitu i Trumpa nic nie powinno nas dziwić, tym nie mniej media społeczne i prasa nie przestawały kwestionować decyzji zarządu Globe. Przecież wybierając właśnie Emmę Rice spośród kilkudziesięciu wybitnych kandydatur, wiedziano, że nie będzie robić muzealnych  przedstawień.

Emma od dawna dała się poznać publiczności prowadząc nowatorski zespół teatralny Kneehigh. Już u zarania jej kariery instynkt zawiódł ją do teatru alternatywnego i to akurat na głuchej polskiej prowincji, gdzie działał zespół Gardzienice. W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku działalność tego zespołu pod kierunkiem charyzmatycznego lidera Włodzimierza Staniewskiego przyciągała młodych artystów z całego świata. W naszym kraju była ta działalność reakcja na marazm i duchowa nędzę teatru repertuarowego. Tu właśnie w dość prymitywnych warunkach uczyła się Emma pierwotnych rytmów, zapomnianych pieśni, antycznych rytuałów i akrobatyki.

Poznałam Emmę, gdy po powrocie do Anglii grała koryfeuszkę chóru we wczesnych produkcjach Katie Mitchell, jak ona zauroczonej poszukiwaniami Gardzienic. Podobną rolę zagrała u mnie w adaptacji „Tess of the Dubervilles”, gdzie dowodziła chórem „wieśniaków” zamaszyście, wystukując pogańskie rytmy w tańcach weselnych (na zdjęciu z tego spektaklu po lewej).

Po kilku latach niezbyt wdzięcznej pracy jako aktorka, wróciła Emma do rodzinnej Kornwalii i tam znalazła bardziej odpowiednie ujście dla swych zainteresowań i talentu w małym niezależnym zespole zwanym Kneehigh. Żywiołowe, pełne inwencji i koloru spektakle Kneehigh zwróciły na siebie uwagę jednego z producentów National Theatre i Emma wypłynęła na szerokie wody. Przez następne lata rozwijała się i odnosiła sukcesy, nie tylko kreując spektakle Kneehigh, ale reżyserując na scenie narodowej, a także w Royal Shakespeare Company i za granicą. W swych realizacjach opierała się nadal nie na konwencjonalnych tekstach, lecz na oryginalnych przeróbkach starych legend, popularnych opowieści, a nawet filmów. Dominował eklektyzm, anarchia i radość tworzenia. Ten właśnie styl wniosła do Szekspirowskiego Teatru Globe.

Piszę tak obszernie o jej ciekawej drodze, ponieważ jest nietypowa, natomiast fakt, że podcięto jej skrzydła w pełni lotu, jakkolwiek szokujący nie wydaje mi się ani niezwykły ani nieprzewidywalny. Sama przeżyłam coś podobnego ćwierć wieku temu, (choć pod innym pretekstem i nie w połowie kontraktu), więc rozumiem, dlaczego tak długo milczała i dlaczego dopiero przed paroma dniami, po ogłoszeniu przez zarząd konkursu na nowego dyrektora artystycznego postanowiła przerwać to milczenie, publikując na stronie internetowej teatru list otwarty do swego następcy:

„Nie wierzę, że powodem mojego odejścia była niezgoda na temat świateł czy amplifikacji. Prawdziwym powodem był brak zaufania i wolności artystycznej. Odchodzę, bo jakkolwiek cenię i kocham szekspirowski Globe, zarząd nie odwzajemnia mej miłości i szacunku. W odróżnieniu od publiczności i prasy, panowie zasiadający w Zarządzie nie rozumieli mojej wizji i nie doceniali tego, co stworzyłam z moimi aktorami współpracownikami i widzami. Wiem jedno: już nigdy nie dam się wykluczyć z gabinetów, w których podejmowane są decyzje.”

W gabinecie czy poza nim, Emma wie, że oprócz braku zaufania do artysty w grę wchodzi także zwykła zawiść. Zawistni pragnęliby, aby w ogóle znikła z horyzontu. Zarząd wybierze miernotę, która pozostanie u steru przez lata, aż się zapomni o sukcesach Emmy Rice i jej „Sezonie Miłości”.

Zawiść to wielka, niszczycielska moc, można ją nazwać siłą napędową wielu dziedzin życia, a już na pewno teatru. To zawiść wpływa na zmiany, oczywiście nie, te które przyczyniają się do rozwoju, lecz te które utrzymują status quo.
Każdy sukces wywołuje zawiść. Nawet skromna, bezinteresowna działalność Sceny Polskiej.UK z jej maleńkim zespołem, pogardą dla pieniędzy i zerową perspektywą kariery, nie jest, wbrew pozorom otoczona wyłącznie życzliwością. Korzystam z okazji, aby tą drogą zaprosić na naszą wyborną „Gęś z przystawkami” (weekend 20 i 27 maja w Teatrze POSK-u), również pewnego pana A.B., którego, z jemu tylko znanych przyczyn, toczy robak zawiści, gdyż tak skrzętnie usuwa z recepcji wytwornego klubu wszelkie ogłoszenia naszych przedstawień.

Helena Kaut-Howson

Przeczytaj też

Udostępnij

About Author

admin

komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *