27 marca 2017, 10:10 | Autor: admin
Wejść w ducha postaci
Podpatruję różnych mistrzów, ale najbardziej bliska jest mi metoda Michaiła Czechowa, oparta na pracy z ciałem i wyobraźnią – przyznaje aktor Sceny Polskiej.UK Damian Dudkiewicz w rozmowie z Piotrem Gulbickim.

Współpracowałeś z różnymi teatrami.
– Trochę ich było. Współczesny Teatr Pantomimy Józefa Markockiego, Duo Pantomimiczne Teatr Antidotum, Wrocławski Teatr Pantomimy im. Henryka Tomaszewskiego, Teatr Polski i Współczesny we Wrocławiu, Teatr Wielki w Warszawie, London Coliseum, The Rose Theatre Bankside. A także opery – Wrocławska, English National, w Palermo, Gandawie, Antwerpii, Amsterdamie, Barcelonie, Rzymie i wkrótce w Berlinie.

Sporo.
– A mam dopiero 36 lat (śmiech). Aktorstwo zawsze było dla mnie sposobem na życie, częścią mojej tożsamości i formą autoterapii. A co uważam za największy sukces? Myślę, że pracę z Terry’m Gilliamem nad jego operami oraz „Zemstę” w Scenie Polskiej. Jestem wdzięczny losowi, że wyjechałem z kraju, odnalazłem swoją artystyczną ścieżkę i doświadczam różnorodności świata.

Londyn jest twoim przeznaczeniem?
– Na dziś na pewno. Przyjechałem tu w 2008 roku, z bagażem artystycznych doświadczeń, tytułem magistra kulturoznawstwa Uniwersytetu Wrocławskiego oraz dyplomem artysty estradowego, aktora mima, sygnowanym przez Związek Artystów Scen Polskich w Warszawie. Przyjechałem i… wylądowałem na zmywaku. Zawziąłem się jednak, bo chciałem spróbować czegoś innego, posmakować nowego życia. Po krótkiej przygodzie w knajpie przez kilka miesięcy byłem moderatorem stron internetowych, a następnie trafiłem do The Lyric Theatre Hammersmith, gdzie pracowałem przy obsłudze widowni, powoli wkraczając w środowisko międzykulturowego Londynu. Szukając różnych ścieżek samorealizacji znalazłem ogłoszenie, w którym potrzebowano aktorów do „Matki” Witkacego, spektaklu wystawianego po angielsku w Camden People’s Theatre. Zagrałem w nim Lucynę Ber, prostytutkę i kochankę głównego bohatera. To był przełom – zacząłem chodzić na castingi i uczestniczyć w projektach studentów szkół artystycznych, dzięki czemu mogłem stworzyć swój showreel (krótkie wideo, zlepek z różnych scen filmowych) oraz zaistnieć na Spotlight, stronie internetowej dla aktorów w UK. Mój profil wpadł w oko jednej z dyrektorek i zostałem zaproszony na casting do serialu „Whitechapel”, gdzie przez dwa sezony grałem Igora, asystenta pani doktor w prosektorium. W tym samym czasie znalazłem własnego agenta. Wysłałem swoje CV do English National Opera i po przesłuchaniach dostałem rolę w „The Damnation of Faust” w reżyserii Terry’ego Gilliama, legendarnego reżysera oraz aktora grupy Latający Cyrk Monty Pythona. Był 2010 rok, wystawialiśmy to przedstawienie w różnych krajach. Potem dostałem rolę w „Benvenuto Cellini”, drugiej operowej produkcji Terry’ego, z którą do dziś podróżujemy po Europie.

A jednocześnie jesteś członkiem Sceny Polskiej.UK.
– Od trzech lat, kiedy aktor tego teatru Paweł Zdun poznał mnie z reżyser Heleną Kaut-Howson. Zagrałem tam hrabiego i Rykowa w „Panu Tadeuszu Remix” oraz Papkina w „Zemście”; wziąłem też udział w jubileuszowym spektaklu Sceny.
Emigracyjny teatr jest dla mnie bardzo ważny, to forma kontaktu z korzeniami, macierzystą kulturą, językiem polskim. Dużo uczę się od koleżanek i kolegów, a przede wszystkim od Heleny, która potrafi wyciągać z nas różne poziomy ekspresji i głębi.

Zawsze chciałeś być aktorem?
– Od dziecka ciągnęło mnie do sztuki, ale miałem też okres kiedy marzyłem żeby zostać księdzem bądź zakonnikiem. To niewątpliwie wpływ babci, która była bardzo religijną osobą. Jako 14-latek po raz pierwszy poszedłem na pielgrzymkę do Częstochowy, co powtórzyłem później jeszcze kilkakrotnie. Myślałem o zakonie, inspirowała mnie Matka Teresa oraz benedyktyni z klasztoru w Lubiniu, do których w czasach licealnych jeździłem na sesje medytacyjne. Ojciec Jan Bereza, filozof, były hipis i bardzo ciekawy człowiek, promował dialog z religiami niechrześcijańskimi, zapraszając nauczycieli z różnych tradycji duchowych. To dzięki niemu wyjechałem na medytacje międzywyznaniowe w Auschwitz-Birkenau, gdzie poznałem moją późniejszą nauczycielkę medytacji buddyjskiej zen, aktorkę Małgosię Braunek, która miała głęboki wpływ na moje życie duchowe. Dla mnie, chłopaka z prowincji, było to nowe pole do eksploracji.

Pochodzisz ze wsi.
– Małej wsi Krzemieniewo w Wielkopolsce. Chodziłem do liceum w pobliskim Lesznie, do klasy autorskiej – niesamowitej, gdyż mieliśmy mnóstwo dodatkowych zajęć, wyjazdów do teatrów, na koncerty, braliśmy udział w wernisażach, warsztatach z artystami, zajęciach związanych z rozwojem kreatywnego i psychologicznego potencjału.
W tym czasie pisałem wiersze, grałem w amatorskim teatrze, dużo czytałem na temat medycyny naturalnej, ćwiczyłem Tai Chi i uwielbiałem oglądać spektakle w Teatrze Nowym w Poznaniu, gdzie rodziło się we mnie pragnienie zostania aktorem. Chciałem kontynuować naukę w szkole teatralnej, ale nie znałem nikogo, kto mógłby mi pomóc przygotować się do egzaminów. W efekcie zrezygnowałem z tego pomysłu i ostatecznie zacząłem studia z kulturoznawstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Będąc na pierwszym roku przypadkowo trafiłem na warsztaty tańca we Współczesnym Teatrze Pantomimy (późniejszy Teatr Formy), a po zajęciach jego twórca Józek Markocki zaproponował mi dołączenie do grupy. Powiedział, że dobrze się ruszam, mam charakterystyczną twarz i przydam się. W ten sposób zakotwiczyłem w tym teatrze, podróżując po festiwalach w Polsce oraz Europie i ucząc się sztuki pantomimy. Dwa lata później razem z aktorką Anką Williams założyliśmy Duo Pantomimiczne Teatr Antidotum i zaczęliśmy chodzić na zajęcia do Wrocławskiego Teatru Pantomimy, którego twórcą był słynny Henryk Tomaszewski. W 2003 roku ówczesny dyrektor tej sceny Alek Sobiszewski wyreżyserował spektakl ruchowy „Małpy”, w którym wystąpiłem w zastępstwie jednej z koleżanek. I zostałem tam przez trzy sezony, grając w czterech produkcjach, w tym „Nakręcanej Pomarańczy” Jany Klaty, w której aktorzy dramatyczni musieli się ruszać, a mimowie mówić na scenie.

Ciekawe doświadczenie.
– Niesamowite! I wielki artystyczny sukces. Ale równocześnie, oprócz uczenia się kreowania postaci, w pamięci głęboko utkwiły mi rozmowy ze starymi aktorami w bufecie. Z wielką uwagą słuchałem ich historii, opowieści o rolach, spektaklach, rozterkach życiowych. W czasach licealnych świat teatru i aktorstwa wydawał mi się czymś magicznym, wyjątkowym, otoczonym woalem niedostępności, a kiedy trafiłem do tego środowiska zobaczyłem po prostu ludzi, którzy też cierpią, mają swoje problemy, radości…

Są aktorzy na których się wzorujesz?
– Staram się iść własną artystyczną drogą, ale uwielbiam oglądać w akcji profesjonalistów, często analizuję ich sposób gry i metody pracy. Od czterech lat jestem uczniem Grahama Dixona, australijskiego aktora, który stworzył Londyńskie Studio Metody Michaiła Czechowa. Ten ostatni był bratankiem dramatopisarza Antoniego Czechowa, studiował z Konstantym Stanisławskim, wyjechał do Niemiec, a potem do Hollywood. Z racji zainteresowań ezoterycznych i duchowych zgłębiał prace Rudolfa Steinera, opracowując własną metodę tworzenia postaci, opartą na pracy z ciałem i wyobraźnią. Ta forma bardzo mi odpowiada.

 

A co jest największym wyzwaniem?
– Każdy kolejny spektakl. A w nim pełne oddanie i pozwolenie duchowi postaci, żeby mną zawładnął.

Pomagają w tym twoje wcześniejsze doświadczenia duchowe?
– Zdecydowanie. Poznawanie ludzkiego potencjału, metod pracy nad samorozwojem, medytacja, czytanie książek dotyczących duchowości, religie i ich mądrość, mistycyzm chrześcijański, buddyjski, hinduski, islamski. Zgłębianie tych zagadnień to moje życiowe hobby, pokarm dla duszy. Ostatnio coraz bardziej skłaniam się ku powrotowi do pracy w glinie, chciałbym kontynuować naukę wylepiania garnków, co mam we krwi, gdyż mój pradziadek był garncarzem. Marzę też o zamieszkaniu w słonecznym, ciepłym kraju, takim jak Hiszpania, gdzie mógłbym stworzyć ośrodek rozwoju, do którego ludzie będą przyjeżdżać po to, żeby tworzyć, dzielić się wiedzą, uczyć medytacji i innych form duchowej oraz artystycznej ekspresji. Ale to melodia przyszłości…

Póki co przed tobą wyjazd do Berlina.
– W kwietniu, na 9 tygodni. Będę tam ponownie pracował z Terry’m Gilliamem nad „The Damnation of Faust”, operą, która pierwotnie powstała w London Coliseum w 2010 roku. Nie mogę się już doczekać, podobnie jak pobytu w Berlinie, który jest jednym z moich ulubionych miast.
Natomiast w Londynie przed nami kilka prób wznowieniowych do „Zemsty”, którą w ramach Sceny Polskiej.UK zagramy jesienią.

Utrzymujesz się tylko z aktorstwa?
– Są okresy, że tak – pracując w teatrach, nad operami, czy od czasu do czasu grając epizody w filmie albo serialu. Ale nie zawsze tak jest, dlatego dorabiam w szkole specjalnej jako asystent nauczyciela. Mam tam do czynienia w większości z dziećmi autystycznymi, w zależności od poziomu upośledzenia pomagamy im w codziennych czynnościach i nauce – od rysowania, liczenia, śpiewania, po gotowanie, pieczenie, wyjazdy do teatrów i przygotowanie do życia w społeczeństwie. To trudna praca, ale dająca wiele satysfakcji, zwłaszcza kiedy po kilku tygodniach widać małe postępy…

Przeczytaj też

Udostępnij

About Author

admin

komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *