28 lutego 2017, 09:32
Osamotniony

Specjalną rolę w Izbie Gmin pełni spiker. To funkcja wybieralna, często pełniona przez kilka kadencji. Najczęściej zostaje nim przedstawiciel partii rządzącej, choć nie jest to reguła, np. Betty Boothroyd z Partii Pracy została wybrana w 1992 r., kiedy większość rządową mieli konserwatyści i pełniła tę funkcję aż do 2000 r.; sama z niej zrezygnowała i obecnie zasiada w Izbie Lordów. To najczęstszy koniec kariery spikera, nawet wtedy, gdy rezygnacja z pełnienia funkcji odbywa się w atmosferze skandalu. Najlepszym przykładem jest Michael Martin, który zrezygnował sam z funkcji spikera w 2009 r., ale stało się to pod presją parlamentarzystów, gdy okazało się, że był on jednym z tych polityków, którzy naginali przepisy przy zwrocie kosztów, jakie ponieśli przy pełnienia swych parlamentarnych obowiązków. Pomimo to także i on został parem i obecnie zasiada w Izbie Lordów.
Czy obecny spiker John Bercow podzieli jego los? Wiele wskazuje na to, że może tak się stać. Na wniosek deputowanego Partii Konserwatywnej Jamesa Duddridge’a w Izbie Gmin złożona rezolucja, postulująca odwołanie go ze stanowiska. Rezolucja ta musi zostać poddana pod głosowanie, ale wiele wskazuje na to, że dawni koledzy partyjni Johna Bercowa nie będą go bronić.
Czym naraził się Bercow? Otóż zgodnie z tradycją w momencie wyboru spiker zrzeka się przynależności partyjnej. Ma być on całkowicie bezstronny w prowadzeniu obrad, nie dając żadnej z partii uprzywilejowanego stanowiska. Ale czy oznacza to, że ma się on wyzbyć posiadania, a tym bardziej publicznego wyrażania swych poglądów? Nie jest to do końca określone. A w tym przypadku o poglądy właśnie idzie.
Wkrótce po powrocie z podróży do Stanów Zjednoczonych zostało ogłoszone, że prezydent Donald Trump jeszcze w tym roku złoży państwową wizytę w Wielkiej Brytanii. To wizyta, w której większą rolę odgrywają rytuały niż rozmowy polityczne. Niektórzy politycy (nie zawsze jest to związane z wizytą państwową) są honorowani w sposób szczególny – wygłaszają przemówienie w Westminsterze. Jak szczególna jest to okoliczność, najlepiej świadczy to, że po raz ostatni zaszczyt ten spotkał Baraka Obamę w 2011 r. Gdy okazało się, że obecny prezydent USA został zaproszony, John Bercow podczas posiedzenia Izby Gmin wyraźnie powiedział: Donald Trump nie powinien przemawiać w brytyjskim parlamencie ze względu na swoje rasistowskie i seksistowskie poglądy. Ze strony Bercowa było to wybiegnięcie przed szereg – wcale nie jest pewne, czy w ramach nadchodzącej wizyty obecny prezydent USA miał dostąpić takiego zaszczytu, choć rezolucję w tej sprawie (tzw. Early Day Motion) podpisało 163 deputowanych, co wskazuje na to, że wielu brytyjskich parlamentarzystów podziela zdanie spikera w tej sprawie i co ciekawe, gdy przyjdzie do głosowania nad votum nieufności to deputowani opozycji staną po stronie Bercowa.
Jak się wydaje, rząd skwapliwie będzie próbował skorzystać z okazji, by pozbyć się kontrowersyjnego spikera. Może postawa otoczenia premier Theresy May byłaby inna, gdyby nie to, że zaledwie w kilka dni po występie w Izbie Gmin nie ujawnione zostało nagranie ze spotkania Bercowa ze studentami uniwersytetu w Reading, podczas którego spiker mówi wyraźnie: „W referendum unijnym głosowałem przeciw Brexitowi”. I tu znowu rodzi się wątpliwość: czy spiker nie ma prawa do ujawniania swoich poglądów także poza parlamentem?
Czy los Berecowa jest przesądzony? Wcale nie jest powiedziane. Być może dawni koledzy partyjni deputowanego z okręgu Buckingham (w ostatnich wyborach jednym z kontrkandydatów w tym okręgu był Nigel Farage) będą woleli poprzeć niesfornego spikera niż narazić się na protesty – przeciwko wizycie Donalda Trumpa w Wielkiej Brytanii petycję podpisało blisko 2 mln osób. Nie wiadomo, czy w głosowaniu nad votum nieufności będzie obowiązywała dyscyplina partyjna. Część torysowskich deputowanych nie podziela stanowiska rządu i przegrana w tej kwestii byłaby dla cieszącej się niewielką, zaledwie 16-mandatową, większością Partii Konserwatywnej byłaby dotkliwą porażką, przede wszystkim prestiżową.
Urząd ten jest prawie równie stary, jak angielski parlamentaryzm. W kronikach po raz pierwszy odnotowano nazwisko przewodniczącego obradom, zwanego wówczas prolokutorem, w 1258 r. Od 1377 r. używana jest nazwa spiker. To funkcja pełniona samotnie. Każdy spiker, starając się, by żadna z partii nie była faworyzowana, często spotyka się z zarzutem, że jest stronniczy. Jak wiele innych stanowisk w parlamencie brytyjskim jej pełnienie związane jest z przestrzeganiem starych zwyczajów, przybierających czasem formę najzwyklejszego teatru. Na przykład, spiker po powołaniu go na to stanowisko jest ciągnięty przez całą salę, a on, fizycznie, opiera się i siłą sadzany jest na fotelu. Zwyczaj ten wziął się stąd, że przez wieki spiker reprezentował parlament wobec monarchy i na nim skupiała się ewentualna złość króla lub królowej; aż siedmiu spikerów straciło życie.
Bercow dobrowolnie położył głowę pod topór. Zobaczymy, czy i kiedy ona spadnie. Jedno jest pewne: swoją postawą obecny spiker sprowokował dyskusję na temat ograniczeń, jakie wiążą się z pełnieniem tej funkcji.
Julita Kin

Przeczytaj też

Udostępnij

About Author

admin

komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *